O albumie The Psychedelic Sounds of 13th Floor Elevators

zdjęcie - PIRO4D (z pixabay)

W 2019 umarł Roky Erickson, frontman zespołu 13th Floor Elevators i jeden z największych psychodelicznych wizjonerów. Wydaje mi się, że nie zdobył on rozpoznania na jakie zasługuje, jest raczej artystą niszowym. W związku z tym chciałbym powiedzieć kilka słów na temat debiutanckiego albumu zespołu Ericsona – „The Psychedelic Sounds of 13th Floor Elevators”. 
 

Album ten został wydany w roku 1966 i był pionierski dla psychodelicznego rocka. Jest to najstarsza mi znana psychodeliczna płyta, która jest tak pełna i dojrzała w tym stylu. Oczywiście dzieła z tego samego roku takie jak „Freak Out!” Franka Zappy, „Revolver” The Beatles czy „East West” The Butterfield Blues Band z jego wspaniałym utworem tytułowym były świetne, ale żadne z nich nie było od początku do końca tak w pełni psychodeliczne jak właśnie „The Psychedelic Sounds of 13th Floor Elevators”. 
 

13th Floor Elevators pochodzili z Teksasu i odcisnęło to piętno na ich muzyce. Bardzo kojarzy mi się ona z południowymi Stanami, z religijnymi ludźmi, sektami, pustkowiami, pustyniami i przygodami wyrzutków. Gdy słucham tych piosenek, często przed oczami stają mi sceny z powieści Trumana Capote Z zimną krwią. Słuchając Roller Coaster, pełnego emfazy, religijnego natchnienia głosu Ericksona, niepokojących brzmień i szalonego rytmu, wyobrażam sobie Perry’ego Smitha i Dicka Hickocka – twardych i mrocznych ludzi, pędzących ku zatraceniu, przeklętych, splamionych a jednocześnie niepowstrzymanie odważnych i zdecydowanych. Nie tylko zresztą Roller Coster, wiele piosenek z tego albumu przywodzi mi na myśl sceny z książki Capote’go. Te dwa dzieła wydają mi się ze sobą jakoś mocno związane, w swojej istocie wyrażają coś bardzo podobnego, jakieś jedno doświadczenie życia. 

Tak jak już wspomniałem, wokal Ericksona jest świetny. Nie można powiedzieć, żeby miał on potężny głos, ale posiadał wyjątkowy styl śpiewania, pełen natchnienia, mający w sobie nawet pewien fanatyzm. Tekst Roller Coaster na przykład jest jak kazanie na cześć LSD i Erickson jest wspaniały jako kapłan tej nowej religii. Widać u niego dużą szczerość, teksty nie mają w sobie konwencjonalności, prezentują wczesną, ale szczerą wersję psychodelii, która dopiero co odkrywała swoje możliwości 
 

Jest to muzyka surowa, nie ma w sobie warsztatowej perfekcji The Doors czy kreatywności i nieziemskich dźwięków wczesnego Pink Floyd. Tak naprawdę wartość tej muzyki jest właśnie w jej prostocie, to ona buduje muzyczną opowieść. Zespół ten wykształcił w oparciu o nią swój styl i swoje brzmienie. Nie jest to muzyka tak rozbudowana jak ta z The Piper at the Gates of Dawn czy The Doors, ale trzeba pamiętać, że pochodzi z 1966 roku, album ten dopiero przecierał nowe szlaki. 

korekta – Gabriela Kusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *