Recenzja książki „Pawilony”

autor - blende12

Ostatnio zagłębiam się w literaturę najnowszą. Właśnie przeczytałem książkę poetycką Dominika Bieleckiego “Pawilony” postanowiłem ją zrecenzować. 

Kiedyś w liceum poszedłem z klasą na Makbeta do teatru. Gdy było już po wszystkim, koledzy zaczęli wymieniać się swoimi odczuciami na temat przedstawienia. Większość opinii była dosyć chłodna, krytykowano to lub tamto. Zauważyłem, że moje nastawienie jest dużo cieplejsze. Było tak dlatego, że bardzo rzadko chodziłem do teatru, a bardzo lubię to robić, dlatego też kontakt z przedstawieniem, nawet z nienajlepszym był dla mnie bardzo przyjemny. Być może tak też jest, jeśli chodzi o poezję najnowszą. 

Wiersze Dominika Bieleckiego wręcz kipią od współczesności. Czytając je, wydawało mi się, że autor albo bardzo kocha lub nienawidzi współczesność, albo też bardzo chce udowodnić, że nie jest epigoński, przestarzały, że bardzo rozumie obecne czasy I obecną literaturę. Lecz czy tak jest w istocie, czy te wszystkie drobne rzeczy – praca, bylejakość codzienności, seksualność, konsumpcjonizm, “praca w korporacji”, ten tak często powtarzany motyw, pralki i telewizory, lodówki, wszelki sprzęt AGD, który można znaleźć w tego typu wierszach, czy to jest to czym w istocie jesteśmy? 

Poezja, jak dla mnie, w sposób skondensowany i niedosłowny mówi o istocie rzeczy. Wyraża emocje, ludzkie pragnienia – jesteśmy tak naprawdę emocjami i namiętnościami, to pragnienia nadają kształt naszemu światu, pchają nas do przodu. Wszelkie te rzeczy dnia codziennego są tylko pozorami skrywającymi prawdziwych nas. 

XX wiek miał wielu poetów, którzy wyrazili swoją epokę. Majakowski wyraził optymizm i nieskrępowaną odwagę sprawdzania nowych idei w swoich czasach, wiarę, że uda się już niedługo stworzyć futurystyczną cywilizację przyszłości. Baczyński za pomocą swoich baśniowych opowieści, w dziecięcym śmiechu swoich utworów wyraził całą grozę i pragnienie niewinności czasu wojny. 

Jednak tym, kto szczególnie kojarzy mi się z XX wiekiem, kto wyraził jego istotę jest dla mnie Eliot. W “Czasie Apokalipsy” Kurtz czyta poemat Eliota – “Próżni ludzie”, tą wątpliwość na temat ludzkiej egzystencji, na temat samej egzystencji, tym czym ona jest. Tak naprawdę nie sposób dokładnie powiedzieć, o czym są poematy Eliota, wyrażają one wątpliwości, choć tak naprawdę nie wiadomo jakie. “Próżni Ludzie” w filmie Coppoli wyrażają apogeum potęgi białego człowieka, jego przerażające a jednocześnie piękne zło, zmaganie się człowieka tamtych czasów z losem, z sobą samym, ze swoim istnieniem. Myśląc o człowieku XX wieku, myślę właśnie o tym, co wyraża “Czas Apokalipsy”, nie o pozorach, nie o whisky, którą pije Martin Sheen, o czekoladzie, którą je, czy o krześle, na którym siedzi, ale o Kurtzu siedzącym w mroku, czytającym Eliota. 

Nie chodzi mi tutaj o sugerowanie, jak powinno się pisać, pisarstwo jest tak szerokie i wielobarwne jak życie, i tak jak ono dotyka niewyczerpanej ilości zjawisk. Chodzi mi tutaj tylko o wskazanie wątpliwości – czy niektórzy twórcy goniąc za wyrażeniem, za “wyciśnięciem” treści ze współczesności, nie zgubili jej istoty i nie skupili na czymś drugorzędnym, czy staliśmy się czymś tak małym i podłym, czy być może nasze namiętności, i pragnienia kryją się tak naprawdę nieodkryte przez sztukę. 

Forma wierszy Dominika Bieleckiego jest współczesna – ale co to właściwie znaczy? Nie jest to forma nowa. I co jest w istocie ważnego we współczesności formy, zdecydowana większość wierszy wszystkich czasów była stworzona we współczesnej formie w czasie swojego powstania, nawet nudne poematy XV wieku, które napisali zapomniani już autorzy. Czy jest to wyznacznik czegokolwiek i czy jest to coś. co naprawdę świadczy o wyrażaniu współczesności. Ile już niegdyś współczesnych form zostało obalonych przez nowych artystów, właśnie dlatego, bo nie wyrażały współczesnych czasów. Widać przez to, że współczesność formy jest tak naprawdę rzeczą względną. 

Wiersze Dominika Bieleckiego są jak dla mnie bardzo podobne do poezji Armitage’a (poety angielskiego, który debiutował w 1989 roku), z tym, że chyba Armitage jest bardziej pomysłowy i zróżnicowany, potrafi wydobyć czasami energię z opisywanych zjawisk. 

Najciekawsze w “Pawilonach” wydają mi się wiersze dotyczące Warszawy, czy to przez pewną egzotyczność, jaką ma ona dla mnie, czy po prostu dlatego, że dotyczy życia miasta, ma pewną miejską energię, która wydaje mi się ciekawa. Byłem kiedyś na odczycie wierszy dwóch poetek (nie pamiętam już nazwisk). Pierwsza czytała słabo, ale być może jej wiersze były ciekawsze, druga natomiast czytała lepiej, natomiast jej wiersze były być może gorsze. Zapamiętałem dużo więcej z tej drugiej i są to dużo lepsze wspomnienia, choć ci którzy czytali jej wiersze mocno ją krytykują, a i ja sam muszę przyznać, że budziły wrażenie dobrze brzmiących w pewnych kręgach banałów. Mimo tego jednak mam wobec tej poetki dosyć dobre odczucia, ponieważ swoim wyglądem i sposobem czytania, tworzyła klimat ulicy i przygód, umiała dzięki pewnej charyzmie “sprzedać” swoje wiersze. Być może tutaj jest podobnie – mimo, że wiersze Dominika Bieleckiego o Warszawie nie prezentują szczególnej głębi czy pomysłowości, urzeka mnie tu pewien miejski klimat. 

Jak dla mnie dużo jest w tej poezji klisz dotyczących życia, kapitalizmu, uczuć, relacji międzyludzkich, podejścia do seksualności. Uważam, że nie ma tu dużo osobowości czy przeżyć samego autora. W wierszach nie odbija się człowiek. Gdyby wymieszać wiersze Armitage’a i Dominika Bieleckiego, byłoby duże prawdopodobieństwo, że nie dałoby się rozpoznać do kogo należą poszczególne wiersze (oczywiście nie biorę tu pod uwagę rozpoznawania przez odniesienia do polskich realiów). 

Można z tego wysnuć wniosek, że stawiam Dominika Bieleckiego i Armitage’a na równi, a tak nie jest. Dużo wyżej stawiam Armitage’a. Porównując jego wiersze do utworów Bieleckiegom, widzę u Armitage’a dużo więcej jego własnej osobowości, jest to dużo bardziej jego osobista forma. Nie wiem, w jakim stopniu Armitage jest oryginalnym poetą, ale jest pewien smak w jego twórczości. Choć Armitage również nie pozostaje w pamięci to, jednak doceniam u niego wydobywanie czegoś niezwykłego ze zwykłych zdarzeń, Bielecki natomiast bardziej kojarzy mi się z serialem “Chyłka: zaginięcie”, gdzie toporem malowany jest schematyczny obraz życia w Warszawie i funkcjonowania polskiego kapitalizmu, a jedynym dopuszczalnym kolorem jest szary. Nie kryguję się tutaj na warstwy wyższe, sam lubię czasem obejrzeć ten serial, jest coś urzekającego w tej prostej legendzie o polskiej wierchuszce, ale obawiam się, że zarówno “Chyłkę”, jak I “Pawilony” szybko spowije kurz zapomnienia. W obu tych utworach nie widzę czegoś ważnego dla czasów, pociągających myśli ani wizji, niczego co pozwoliłoby wybić się sercu z jego nudnego, jednostajnego rytmu. 

Plusem książki “Pawilony” jest to, że jest krótka i że wiersze w niej są krótkie. Myślę, że gdyby było inaczej przeczytanie jej mogłoby być bardzo trudne. Krótkość wierszy mimowolnie pcha czytelnika naprzód, nie trzeba spędzić dużo czasu ani wysilać się przy czytaniu, dlatego ryzyko nudy i zmęczenia jest ograniczone. Żaden wiersz nie zostaje szczególnie w głowie, tak samo jak i cały zbiór. Czy żałuję, że kupiłem tę książkę? Nie, lubię czytać poezję współczesną, tak jak lubię chodzić do teatru. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *