O nowym wydaniu “Paryskiego Spleenu” Baudelaire’a i o Baudelairze.

zdjęcie - Étienne Carjat

Już dawno temu chciałem napisać o nowym wydaniu Paryskiego Spleenu w tłumaczeniu Engelkinga, teraz nadszedł na to czas

Nieczęsto spotyka się wydania zbiorów wierszy dawnych poetów, zazwyczaj napotkać można tylko jakieś przekrojowe tomy. Jak dla mnie, poezja ma wiele wspólnego z muzyką i jest jakieś podobieństwo między tomami poetyckimi a albumami muzycznymi. Oba sposoby wydania składają się z wielu odrębnych utworów, które jednak razem tworzą jakąś wspólną wizję. Bardzo ciekawi mnie to jako poetę, ten całokształt doświadczenia i myśli w jednej książce. 

“Paryski Spleen” był od razu pomyślany jako jedna książka, jedno dzieło, które składałoby się z tych wszystkich wierszy prozą. Baudelaire planował napisać sto wierszy i dokładnie wiedział, co ma się z znajdować w każdym z nich. Określił nawet, ile czasu zajmie mu tworzenie całości. Nie skończył on jednak swojej książki, zostawił ją w połowie niedokończoną. W zbiorze, który mamy, znajduje około pięćdziesięciu wierszy. Ewidentnie czuć, że jest to zbiór niedokończony. Nic nie brakuje pojedynczym wierszom, ale ma się wrażenie, że gdyby Baudelaire dokończył swoją książkę, byłaby ona takim pełnym i czystym doświadczeniem, byłoby to prawdziwe arcydzieło. Nie ma niczego ułomnego w tych wszystkich utworach, ale ma się wrażenie, że jest to dzieło urwane w połowie. 

Same wiersze są specyficzne, są jakby zawieszone między prozą i poezją. Różnią się one bardzo od, na przykład, „Pieśni Maldorora” Lautreamonta czy wierszy prozą Rimbaud’a. Tamte utwory, choć są zapisane prozą, są bardzo poetyckie, są po prostu wierszami zapisanymi prozą. Oczywiście mają one pewną odmienność, ale w swoim rdzeniu są bardzo poetyckie w klasyczny sposób. Tutaj natomiast jest inaczej, wiersze Baudelaire’a są mniej liryczne, bardziej przypominają jakieś przemyślenia, krótkie notatki, sceny z życia. Są też mniej odrębne. Nie mogę powiedzieć, żebym jakoś bardzo lubił poszczególne utwory w tym zbiorze, przyjemność wynika tu raczej z czytania całej książki. Nie ma tu jak na przykład u Blake’a pojedynczych, odrębnych wierszy, które są odrębnymi i samodzielnymi wizjami. Tutaj raczej liczy się pójście z prądem książki, oddanie się przepływającym przez strony obrazom. 

Tytuł nie jest przypadkowy. Czytając tę książkę, miałem wrażenie, że jest to pochwała Paryża. Paryż nie pojawia się tu cały czas, są wspomniane wprawdzie inne miejsca, ale książkę przepełnia jakaś idea Paryża, ma się wrażenie, że Baudelaire czuje się bardzo częścią zbiorowości paryżan i tęskni za tym miastem. Jest coś szczególnego w literackich opisach Paryża. Zawsze wydaje się on jakąś unikalną, magiczną przestrzenią, domem tych wszystkich artystów, ale też ucieleśnieniem jakiejś wizji życia. Gdy czytam Baudelaire’a albo Lautreamonta i widzę jak opisywany jest Paryż, przed oczami staje mi obraz „Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte”. W tych wszystkich utworach Paryż jest z jednej strony morzem, ale z drugiej miastem, gdzie każdy ma swoje miejsce. 

Ale powiedzmy coś o tym całym nowym wydaniu. Bardzo podoba mi się samo tłumaczenie. Nie znam francuskiego oryginału, więc nie mogę porównać, ale bardzo podoba mi się, że to tłumaczenie jest takie melodyjne. Często nowe tłumaczenia są jakieś takie bardzo sztywne, tutaj natomiast wszystko wydaje się naturalne i giętkie. 

Nawet okładka mi się podoba – przyjemny turkusowy kolor, twarda oprawa i proste, ale jednak eleganckie litery. Nie ma w tym nic ekstrawaganckiego, ale jednak działa, przykuwa uwagę i daje pozytywne wrażenie. Tak samo strona tytułowa – ładne litery, nie starodawne, a jednak przywodzą na myśl dziewiętnastowieczne wydania. To wszystko sprawia, że bardzo lubię tę książkę. 

Tak więc “Paryski Spleen” jest świetną książką i tak samo to nowe wydanie jest świetne. Bardzo polecam je zdobyć i przeczytać. 

korekta – Gabriela Kusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *