DARLIA – Zbawiciele alternatywnego rocka, w których uwierzyło niewielu

Darlia - Nathan Day, 2014 - Fot. Wikipedia Commons, AUTOR: JoeJoeJoe93, CC BY-SA 3.0

Brytyjski zespół, który miał wszystko, co jest potrzebne do osiągnięcia sukcesu. Energia, charyzma, chwytliwe melodie i co najważniejsze charakterystyczny frontman. Dlaczego więc o formacji z Blackpool nie usłyszał świat? 
 
Z powodu dziennikarskiej nudy i niechęci do pisania newsów postanowiłem (a przynajmniej postaram się, jak wiadomo podczas wiosny ludzie są nad wyraz kapryśni, więc możliwe, że zmienię zdanie) co jakiś czas przedstawiać Wam mało znanych twórców, którzy teoretycznie byli skazani na sukces, ale nigdy tego sukcesu nie zasmakowali.  
 
Darlia to zespół założony w 2013 roku w Blackpool. Wokalistą, tekściarzem i głównym kompozytorem grupy jest Nathan Day. Chciałbym się Wam pochwalić swoją zdolnością do wynajdowania muzycznych perełek, ale akurat w tym przypadku muszę was zawieść. Darlię jakoś w 2018 roku pokazał mi mój bliski przyjaciel i z miejsca pokochałem twórczość tej grupy. 
 
Można powiedzieć, że zespół Nathana Day’a to dziecko wychowane przez Nirvanę, Oasis i Green Day, jednak dziecko zbuntowane, które może przejęło pewne zachowania od swoich rodziców, ale zdecydowało się pójść swoją drogą. I choć Darlia nie prezentuje wyżyn kompozycyjnych i w tej materii na pewno nie można powiedzieć, że zaprezentowali coś zupełnie innego, to ich wyższość nad innymi zespołami z nurtu podkreśla bardzo charakterystyczne, “tłuste” brzmienie. Na pochwałę zasługują ludzie, którzy dokonywali całej postprodukcji piosenek. Utwory takie jak “Queen of Hearts”, “Candyman” czy “Blood Money” chwytają za serce od pierwszej nuty. Wchodzą do głowy i zaczynają tam mieszkać, w takim sensie, że na długi czas zdominują odsłuchiwane przez Was playlisty.   
 
Bardzo charakterystyczne jest brzmienie gitar Darlii – moje ucho (któremu raczej nie powinno się ufać, więc koniecznie sprawdźcie to sami) wychwytuje pewne połączenie. Na wielu utworach można usłyszeć dwie ścieżki gitarowe, grające równocześnie. Jedna jest brudna, bardzo rockowa, grana na overdrive, druga zaś krystaliczna, czysta jak łza. Daje to duże pole do popisu basiście, którego linie są bardzo popowe. Może się wydawać, że w niektórych momentach piosenki mają niewykorzystany potencjał przestrzeni instrumentalnej, ale w moim odczuciu w niczym to nie przeszkadza. Darlia do bólu wyszlifowała prostą rockową formę, która trafia bezlitośnie w mój gust. Wszystkiego dopełnia głos Nathana, który z mocnych linii wokalnych potrafi nagle przejść w momenty delikatne, wręcz aksamitne dla ucha. Oczywiście wszystko bazuje na dość popularnej w rocku alternatywnym dynamice cicho-głośno, ale nic nie poradzę, że mam wybitną słabość do tego rodzaju kompozycji.  
 
Kiedy grupa grała na dość dużych imprezach takich jak Reading Festiwal (wspominałem coś o Nirvanie) czy Glastonbury można było stwierdzić, że wielka kariera jest w ich zasięgu. Supportowali Gerarda Way’a czy Nothing But Thieves i w mojej opinii byli na każdym polu lepsi od tych wykonawców. O Darlii jednak zaczęło się robić coraz ciszej. Grupa oficjalnie nie rozpadła się, ale przez ostatnie trzy lata nie działo się wokół niej nic konkretnego. 
 
Wpadając na pomysł tematyki tego tekstu myślałem, że powód, przez który Darlia się nie wybiła wpadnie mi do głowy sam. Ze swoją nieograniczoną wiarą we własne umiejętności wierzyłem, że podczas pisania wpadnę na jakiś błyskotliwy pomysł, ale okazało się, że jestem jak polska reprezentacja na ostatnim Mundialu – zawiodłem. Po prostu nie byłem w stanie odnaleźć racjonalnego powodu, przez który Darlia nie stała się gwiazdą europejskich list przebojów. Możliwe, że przeoczyłem coś w historii grupy, że moja wrodzona ignorancja nie pozwoliła mi się dokopać do znaczących informacji, możliwe… Jednak gdybym miał szukać na siłę, mógłbym stwierdzić, że panowie z brytyjskiego zespołu przespali swoją szansę na sukces, całkiem realne wydają się też konflikty z wytwórnią czy po prostu wypalenie. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że formacja ta miała dosłownie wszystko, co mogłoby jej pozwolić sięgnąć gwiazd. I choć nie znam powodu takiego stanu rzeczy, to doszedłem do jednego jakże sztampowego wniosku. Możesz mieć wszystko – talent, pomysł na brzmienie, na wizerunek, możesz mieć charyzmę i pracować za czterech. Jednak, jeżeli nie będziesz mieć szczęścia, nie osiągniesz niczego wielkiego. Co najwyżej jakiś gość z Polski napisze o tobie nieznaczący tekst, gdzie próbuje bezsensownie analizować twoją porażkę. 
 
Pozostało nam się jednak cieszyć tym, że na początku 2021 roku Nathan Day wznowił swoją solową karierę, więc może jest jeszcze szansa, że świat usłyszy o tym, bądź co bądź utalentowanym artyście. 



KOREKTA: Gabriela Kusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *