O co chodzi z tymi wszystkimi książkami?!

źródło - Pixabay - emminum

Książka Rafała Różewicza „Po Mrok” to było szczególne doświadczenie. Nie dlatego, że przeczytałem tu coś zaskakującego, ale dlatego, że to co niezaskakujące i to czego tak bardzo się spodziewałem, tak mnie tym razem uderzyło. Może zresztą było tak właśnie dlatego, że ta forma jest taka oklepana. Książki Armitage’a, Dominika Bieleckiego i Karola Maliszewskiego, które czytałem wcześniej, były takie same, wszystkie one opisują to samo w bardzo podobny sposób, różnice są niewielkie, bardzo dziwi mnie, że w ogóle jestem wstanie rozróżniać tych autorów. No, ale nic, przejdźmy do treści, zobaczmy, co kryje się w poszczególnych wierszach. 

Moją uwagę zwrócił wiersz „Który to już raz”. Z jednej strony to taka typowa prostacka krytyka kapitalizmu w stylu „UUU! KAPITALIZM JEST ZŁY! Ale trzeba przyznać, że jest coś pociągającego w porównaniu budowania wieżowców w Warszawie do wznoszenia piramid, jest coś niesamowicie urzekającego w tej wizji. Z drugiej jednak strony taka zawiść bije z tego wiersza, taka małość. Osobiście wątpię, czy faktycznie tym wszystkim CEO tak źle się powodzi, jak to wyczarowują niektórzy poeci, osobiście sądzę, że są oni w większości po prostu zadowoleni z życia, cieszą się, że mieszkają w swoich willach, jeżdżą drogimi samochodami i jedzą dobre rzeczy, dopatrywanie się jakiejś „duchowej pustki” jest po prostu myśleniem życzeniowym. 

Wydaje mi się to przy tym objawem pewnego braku odwagi intelektualnej. Człowieku, skoro już zazdrościsz tego wszystkiego, miej odwagę po prostu nienawidzić, a nie upatrywać w sobie jakiejś wyższości moralnej, wydaje mi się to po prostu płytkie. Tylu ludzi mówi, że kapitalizm jest zły, ale nie widać w ich wypowiedziach zbytniego zrozumienia, czym jest kapitalizm i jakich zmian potrzeba. Osobiście nie przeszkadza mi, jeśli jest ktoś jest na przykład komunistą i chce na drodze rewolucji pogrzebać wreszcie tych „wstrętnych wyzyskiwaczy”, problem mam jednak z tym, że samo gadanie w stylu „kapitalizm jest zły”, „pieniądze szczęścia nie dają”, „praca w korporacji niszczy ludzi” nie jest ani zbyt ciekawe, ani nie wnosi zbyt wiele, a często wygląda po prostu jak jakaś towarzysko wymagana, pusta deklaracja, a nie coś, co pokazuje jakieś szczere poglądy czy emocje. 

Swoją drogą ten wiersz jest bardzo podobny do wiersza Dominika Bieleckiego, „CEO”. Ktoś powiedział, że Dominik Bielecki wniósł coś nowego do polskiej poezji. Ciągle dręczą mnie te słowa – co jest niby nowego w „Pawilonach”? Jak dla mnie jest to raczej zbiór tego wszystkiego, co znaleźć można w wielu współczesnych tomikach polskiej poezji. 

W „Po mrok” mamy natomiast również to wszystko, co znaleźć można w wielu tomikach polskiej poezji, ale wiersze tutaj są znacznie bardziej eleganckie niż te w „Pawilonach” – wszystko jest tu bardziej dopracowane i trzeba przyznać, że znaleźć tu można ciekawe obrazy. Ta książka nie jest tak prostacka jak książka Bieleckiego i jest to zarówno zaleta jak i wada. W swojej recenzji „Pawilonów” określiłem ten zbiór jako poetycki odpowiednik „Chyłki”, ta prostackość była urzekająca tak jak i prostackość „Chyłki” jest urzekająca, pozostawia jakieś dobre wspomnienie, mimo dosyć miałkiej treści. Tutaj natomiast dobrego wspomnienia nie ma, te 50 stron i te wszystkie dosyć długie wiersze są ostatecznie wykańczające dla czytelnika. 

Dosyć podobał mi się wiersz „Przy kolacji”, jest abstrakcyjny, ma ładne obrazy, jest to rzecz drobna i pozbawiona przekazu, ale nie ma tu z tym problemu. Nie będę się zagłębiał w ten wiersz, nie będę się bardziej nad nim zastanawiał, bo dobrnę do pokładów ironii i wtedy ten wiersz zrozumiem i zupełnie przestanie mi się podobać. Jeśli jednak uwierzysz, że faktycznie jest to tylko taki abstrakcyjny utworek, będzie to coś dosyć przyjemnego. 

Całkiem podoba mi się również utwór „Wasze serca bez serca”, opowieść może trochę sztampowa, ale w odrobinie banału nie ma nic złego, szczególnie, że jest fajna przestrzeń w tym wierszu, jest zamknięty jakiś świat. Utwór ten jest dosyć długi i akurat tutaj sprawdza się to dobrze, jest to pewna podróż i są tu ładne obrazy. 

Wiersz „Świecenia” jest jak dla mnie okropny, ale jest jednocześnie ciekawym przykładem tego „trendu”, który jest teraz widoczny, i który ciągle mnie zastanawia. Dlaczego takie popularne jest teraz ironiczne wplatanie tych wszystkich powiedzeń, może się to jakimś cudem wydać bardzo sprytne, ale jest tak naprawdę żenujące, włos mi staje na głowie, gdy czytam takie rzeczy, widzę wtedy małego poetę-gnoma, który zaciera sobie ręce i myśli „ale to będzie sprytne”, nigdy jednak takie nie jest. Może ktoś jakoś tłumaczyć, że jest to jakieś celowe wywoływanie żenady, ale ja nie widzę w tym sensu, efekt się nie broni, efekt odpycha 

Podobał mi się wiersz “Perspektywy”, czegoś mu brakuje, jest tu jakiś niedosyt, coś istotnego jest nieobecne i utwór ten jest przez to trochę niewypałem. Mimo tego jednak obrazy bronią się bardzo dobrze, wizja jest bardzo ciekawa. Jest to taki bardzo rozległy wiersz chociaż nie jakoś specjalnie długi. Wspaniała jest tu wizja, ale jednocześnie przyziemna myśl bardzo ją więzi i nie pozwala rozwinąć skrzydeł, treść psuje tu zabawę. 

Można tutaj przy okazji powiedzieć szerzej, że w wierszach Rafała Różewicza to właśnie sens stanowi problem, to sens jest wrogiem jego wierszy. Gdyby wyrzekł się sensu i ironii, zostałby wielkim poetą. Niestety jednak sens tu jest i bardzo ciąży, dobijające są te krytyczne wobec kapitalizmu teksty, są ciężkie jak beton, ciężka jest ta cała ironia, ciężkie są te myśli, których wcale nie chce się rozumieć. 

Ciekawy wydał mi się wiersz „Pionierzy” doświadczenie mówi mi, że długie stychiczne wiersze są zazwyczaj ciekawe. Jest tu interesująca wizja, tak jak w wielu wierszach w tej książce, ale to wszystko jest strasznie zmasakrowane przez ironię. Brak umiejętności pisania bez ironii jest także problemem, ironia nie jest jakąś zasadą rządzącą światem. Rozumiem, że jest to jakaś popularna teraz forma, ale poziom ironii jest tu nie do zniesienia. Do tego jeszcze ostatni wers „to nie my/toniemy” zabił mnie, to nie jest sprytne, to jest żenujące. 

Szczytem żenady są tu jednak wiersze dotyczące JĘZYKA. Problem w tym (i tego najwyraźniej wielu ludzi nie rozumie), że język sam w sobie nie niesie treści. Spotkałem się z całą masą wierszy wychwalających język, mówiących o nim w jakiś mistyczny sposób (chociaż ironia nigdy nie pozwala być pewnym faktycznego stanowiska), ale to po prostu nie ma sensu, to tylko gadanie, nie ma po tym śladu, to jest jakieś przypisywanie wartości czemuś, bo się po prostu chce. Kiedy się skończy ten okropny trend? Mickiewicz narzekał w Dziadach na pisanie o sadzeniu grochu, język jest widocznie nowym grochem. Dlaczego ludziom się ciągle wydaje, że to całe gadanie o języku jest jakieś mądre? Nie jest. 

Wiersz “Smoki” to bardzo dziwne zjawisko. To takie wałkowanie jednej rzeczy, tyle jest tu niepotrzebnego tekstu, tyle rozciągania, gadania o niczym, rozwlekania jednej treści w nieskończoność, powtarzania tego samego. Zresztą i temat jest banalny i sposób pisania o nim również, zazwyczaj gada się tak w codziennych rozmowach, autor nie powiedział nic, czego nie powiedziało już do siebie kilkaset milionów ludzi w ostatnim czasie. Czytając ten wiersz czułem prawdziwy ból, z jednej strony z powodu tandety, a z drugiej z niemiłosiernego rozwleczenia tematu, który nie dawał po prostu przestrzeni na tyle słów. 

Dziwne było to moje czytanie tej książki. Zacząłem z dobrymi intencjami, nie spodziewałem się czegoś oryginalnego, ale myślałem, że całkiem przyjemnie spędzę czas, spodziewałem się podobnego doświadczenia do „Pawilonów”, czegoś co wpadnie do głowy i wyleci bez specjalnych problemów, myliłem się. Teraz po tym całym trudzie jakim było czytanie tego zbioru, nienawidzę go. Boże, jakie to wszystko rozwleczone, jakie długie, ten zbiór nie miał końca, każdy wiersz był coraz trudniejszy, pod koniec musiałem zmuszać się do dalszego czytania. 

Nie mogę powstrzymać się od porównywania kolejnych tomików do poprzednich, które czytałem, w tym wypadku do („Pawilonów”, wierszy Armitage’a i „Piosenki o Przymierzaniu” Karola Maliszewskiego) i od odnoszenia się do recenzji, które już napisałem. Nie mogę się powstrzymać, bo ta poezja jest tak bardzo podobna do siebie, owszem widać pewne rysy indywidualizmu, ale jako całość wszyscy ci ludzie posługują się bardzo podobnymi obrazami, wyrażają bardzo podobne myśli i posługują się bardzo podobną formą wiersza. Dziwna jest ta homogenizacja poezji, ale z drugiej strony rzeczy dziwne zawsze mnie ciekawiły, dlatego właśnie piszę te wszystkie recenzje. 

Jeśli miałbym stworzyć skalę i na jej początku postawić „Pawilony” a na końcu „Piosenkę o przymierzaniu” książkę Rafała Różewicza postawiłbym zdecydowanie bliżej „Pawilonów”. Ma ona energię, która zapewnia pewną rozrywkę, zdecydowanie nie można porównać tej książki do tomiku Maliszewskiego, który był pozbawiony czegokolwiek ciekawego, obrazy tonęły tam w nicości, nie było energii, treści ani zabawy, pod koniec tej książki chciało się umrzeć. Tu jest energia i obrazy są dużo ciekawsze. Jest to też książka znacznie bardziej ambitna i dopracowana, widać tu pewien wysiłek, natomiast zarówno „Pawilony” jak i „Piosenka o przymierzaniu” były bardzo leniwe. 

Z armii klonów to jednak mimo wszystko Dominik Bielecki pozostaje zwycięzcą. Jest tak dlatego ponieważ jego książka jest krótka. Dzięki temu nie jest nudna, można ją przebiec i wyjść z niej z poczuciem zadowolenia. Tutaj natomiast te wszystkie dopracowane i długie wiersze stają się strasznym balastem, w pewnym momencie człowiek czuje jakby wchodził na coraz to bardziej stromą górę, wiedząc przy tym, że u jej szczytu nie czeka żadna nagroda, ta góra to nie żaden Mount Everest, to po prostu pagórek w jakiejś zabitej dechami wsi. 

korekta – Gabriela Kusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *