Z Wattpada na półkę księgarni — źli chłopcy i niepasujący tytuł

Tę książkę przeczytałam bodajże jako jedną z pierwszych na Wattpadzie. I dobrnęłam do samego końca. Kiedy powróciłam do niej po kilku latach, całe wrażenie przyjemnej lektury wyparowało w imię nielogiczności fabuły, postaci, a nawet świata przedstawionego.

„Bad Boys go to Hell”, bo o tym tworze mowa, to debiut Małgorzaty Piotrowskiej i jak widać po samym blurbie od wydawcy, poszedł jako hit sprzedażowy. „Ponad 9 milionów odsłon…” — szkoda tylko, że te odsłony ani trochę nie są adekwatne do poziomu prezentowanego przez autorkę. Tylko tym mogło się chwalić NieZwykłe (często zresztą sięgające po pisarki z pomarańczowego portalu). Postaram się jednak dosyć krótko przeanalizować treść, by utwierdzić Was w stwierdzeniu, że nie jest to powieść warta, jak podaje portal lubimyczytac.pl, blisko 6 godzin czytania.

Okładka „Bad Boys go to Hell”, wydawnictwo NieZwykłe.

Jak zwykle ostrzegam o spoilerach. Osobom, które nie przeczytały, proponuję przeniesienie się do podsumowania.

Randomowy tytuł

Bad boy to chłopak, o którym zwykle przeciętna czytelniczka marzy. To taki brutal, który pod wpływem miłości protagonistki zmienia się w potulnego baranka. Bad boy to też synonim oklepania, ale i dobrych wyników sprzedażowych czy czytelniczych.

Na Wattpadzie książka widniała z takim samym tytułem. Jednak złych chłopców jest tam… stosunkowo niewielu, co wielu czytelników zawiodło, a wręcz zdenerwowało. Wcale mnie nie dziwi taka reakcja. Jeszcze zrozumiałabym pozostawienie takiego tytułu na Wattpadzie — tam królują właśnie takie, nawet jeśli treść ani trochę do tego nie nawiązuje — ale decyzja redakcji jest podyktowana wyłącznie zyskiem. I tym miała być ta książka. Tysiące nastolatek, przyjemnie kojarzących powieść, szybko by ją zgarnęło z półki. Setki wielbicielek romansów, zaintrygowane przez męski tors (tym razem w koszulce!) i obcojęzyczny tytuł, sięgnęłyby po tę książkę i liczyłyby na burzliwe akcje oraz namiętności. Co można zastać w środku?

Dziecinada i festiwal cringe’u

Olivia i Mike są wrogami. Los po latach przekornie sprawia, że mieszkają ze sobą. Oczywiście nie może być tak, że będą spokojnie dzielili wspólną przestrzeń. Od tego momentu zaczynają się przepychanki słowne, „pranki” w stylu obcinanie włosów podczas snu czy podkręcanie napięcia seksualnego, bo — jakby to nie mogło być — bohaterowie tam są niezwykle piękni i fantastyczni, a także obeznani w sprawach łóżkowych. Przyznaję, że ta część, jakkolwiek nie bywa idiotyczna, potrafi rozbawić. I to jeden z niewielu plusów powieści.

Dosyć szybko jednak sytuacja się zmienia, kiedy nieroztropna Liv nie wzięła telefonu do klubu. Wracała sama, skąpo ubrana, co doprowadziło do (całe szczęście) jedynie pobicia, bo wówczas do akcji wkroczył rycerz w lśniącej skórzanej kurtce — Mike. Wtedy właśnie relacja tej dwójki ulega zmianie i oboje próbują być dla siebie przyjaciółmi, jednak wszyscy [czytelnicy] dobrze wiemy, że łączy ich „coś więcej”. Potem już tylko jest coraz bardziej przewidywalnie.

Miernej fabuły nie poprawia ani trochę język. Nie dość, że jest przepakowany wulgaryzmami, to jeszcze ani trochę nie potrafi dopasować się do realiów. Przez to wydaje się być zbyt ostry, nawet momentami sztuczny. Same opisy za to, o ile z początku popychają wydarzenia, tak potem znacznie wszystko spowalniają i zapychają tekst. Nikomu nie są potrzebne powtarzające się akapity codziennych czynności. Każdy zdaje sobie sprawę, że bohaterowie są ludźmi i biorą prysznic czy jedzą śniadanie. Przeplatana narracja również nie działa na korzyść. Podczas czytania można odnieść wrażenie zagubienia się autorki we własnym dziele.

„Dziecinada” ze śródtytułu recenzji to nie tylko przepychanki i „robienie sobie na złość” protagonistów. To również ich bycie kompletnymi imbecylami, bo inaczej tego się nie da nazwać. Mike jest wykreowany jako stereotypowy, tytułowy bad boy, jakiego można spotkać na łamach Wattpada. Niegrzeczny, zbuntowany chłopak, który NAGLE się zmienia. Charakter plastyczny na tyle, że można go skręcić o 180 stopni.

Tego samego nie można napisać o Liv, która jest po prostu płytka. Notorycznie zdradzała swojego chłopaka Johna i wielokrotnie, w stosunku do każdej postaci w tej książce, miała pretensje o byle co. Liczba jej przewróceń oczami równała się mojej na jej zachowanie. Czasem Olivia była wręcz typową, przerysowaną rozpieszczoną księżniczką. Nie sympatyzowałam z nią, a nawet uważam, że nie zasługiwała na to, co przynosił jej los.

W leadzie wspomniałam również o nielogiczności świata przedstawionego. Wyjaśnię już w skrócie, o co mi chodziło — Polska w USA. Ja rozumiem, że anglojęzyczne imiona oraz tytuły się sprzedają i niektórzy czytający zwracają na to uwagę, ale lepiej umieścić świat w swojej ojczyźnie niż naginać powszechne zwyczaje innych kultur. To po prostu napędzało spiralę idiotyzmów w tekście, a redakcja tego dostatecznie dobrze nie wypleniła.

Podsumowanie

Książka dla mnie była denna, gdybym ją oceniała w skali gwiazdkowej, dałabym jej mocną jedynkę na pięć. Choć styl jest luźny i dosyć szybko się to czyta, a zabawniejsze momenty się zdarzały, to wciąż słaba kreacja bohaterów, umieszczanie realiów w innym kraju bez jakiegokolwiek researchu czy nawet to oklepanie samego motywu i relacji hate-to-love mnie osobiście odrzuca i nie chciałabym w życiu wracać do tej pozycji. Taka czytanka na raz.

Jeśli ktoś jednak lubi takie sztampowe młodzieżówki i nie zwraca uwagi na to, jak zachowuje się protagonistka, a liczą się dla kogoś jakieś trzymające w napięciu miłostki lub akcje, może sięgnąć po tę książkę. Ja jednak znam znacznie lepsze romansidła.

Korekta: Kacper Beda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *