MAGAZYN STUDENTÓW POLITOLOGII I DZIENNIKARSTWA UMCS W LUBLINIE

8 powodów, dlaczego magia Deftones działała już wcześniej, cz.2

Deftones podczas koncertu na Rock im Park 2016, aut. pitpony.photography

Bez zbędnego przedłużania – to druga część zbiorczego materiału o dyskografii Deftones. Jeżeli nie widzieliście części pierwszej (oraz recenzji Ohms), to radzę to zmienić, gdyż będą pojawiały się odniesienia do protoplastów. 

Link do części pierwszej: 8 powodów, dlaczego magia Deftones działała już wcześniej, cz.1

Oraz do recenzji Ohms: Czy magia Deftones wciąż działa? Tak. Oto, dlaczego

Saturday Night Wrist (2005, Maverick) 

Fot. Deftones, Saturday Night Wrist, Maverick 2005 Źródło: Wikipedia

Powiedzmy sobie szczerze – większość ludzi mających do czynienia z muzyką Deftones, jest zgodna w stwierdzeniu, iż kapela nie wydała jak do tej pory obiektywnie złego albumu (choć są, jak wiadomo, wyjątki, ale dziś je olewamy). Niemniej jak każda rodzina ma tego jednego wujka, którego mało kto lubi i którego bardziej się toleruje niż chce w towarzystwie, tak dyskografia każdego artysty/zespołu musi posiadać tę jedną, czarną owcę. Saturday Night Wrist jest czarną owcą w dyskografii Deftones. Z dobrych powodów. 

SNW jest klasycznym przykładem dzieła tworzonego w ogromnych bólach. Jak inaczej określić album, którego producenci, co rusz przychodzili i odchodzili? Oficjalnie za produkcję odpowiada Bob Ezrin, a za mastering Shaun Lopez, ale prawda jest taka, że jedynymi osobami, które od początku do końca uczestniczyły w procesie twórczym byli (niespodzianka) sami Deftones… A i to nawet nie jest do końca prawda, bo to właśnie przy okazji tworzenia SNW Chino Moreno zaczął bardziej się poświęcać projektowi pobocznemu – Team Sleep. To, plus konflikty na tle artystycznym, poskutkowały masywnym napięciem pośród członków kapeli – niewiele brakowało do przedwczesnego rozpadu grupy.  

Tym bardziej mnie zaskakuje to, że udało im się stworzyć naprawdę genialny i oryginalny album. Prywatnie sam uznaję Saturday Night Wrist za moje ulubione dzieło bandy z Sacramento i co najlepsze – to, za co uwielbiam SNW jest tym samym, co wielu uzna za wady. Bo obiektywnie rzecz biorąc… Tak, to POWINNO być ich najgorsze dzieło. Głównie dlatego, iż największa wada kapeli – częsta niespójność materiału – została tutaj wyniesiona do rangi ekstremalnej.  

Nadgarstek Sobotniej Nocy nie ma absolutnie punktu zaczepienia, nie idzie w żadnym, konkretnym kierunku, próbując wszystkiego po troszeczku. I tak, tutaj znajdziemy jedyny instrumental w historii zespołu pod postacią Konami Code (nie podam pełnej nazwy, bo to dosłownie cały Konami Code, wygooglujcie sobie), dziwny i szczególnie wulgarny pod koniec Pink Cellphone (co jest tym bardziej zabawne, że brzmieniowo to najbardziej aksamitna rzecz, jaką Deftones kiedykolwiek nagrali, poza Konami Code), agresywne i dynamiczne Rats!Rats!Rats!, czy też bardzo bazujące na budowaniu ciągłego napięcia Beware. To tylko parę przykładów na to, jak niekonsekwencja zaznaczyła swoją obecność na SNW… I właśnie za to uwielbiam ten krążek.  

Zwyczajnie czuć, że rodził się w okropnych bólach, ale to poskutkowało eksplozją artystycznego geniuszu – paradoksalnie, to brak ukierunkowania jest kierunkiem, w którym zmierza SNW. To artystyczny ekwiwalent strumienia świadomości podlany prawdopodobnie najpiękniejszą (i najbrzydszą w jednym momencie) paletą dźwięków w całej dyskografii bandu! Uwielbiam wulgarność Pink Cellphone, uwielbiam smutną ironię Hole In The Earth, uwielbiam to ADHD w Rats!Rats!Rats!… Kurczę, rozpisałem się. Konkludując – dajcie szansę Saturday Night Wrist, wyróbcie sobie własną opinię. Możecie pożałować, możecie pokochać, ale to na pewno będzie niezapomniane przeżycie. 

Ulubione utwory: Beware, Hole in the Earth, Konami Code, Kimdracula, Cherry Waves 

Diamond Eyes (2010, Reprise) 

Fot. Deftones, Diamond Eyes, Reprise 2010/ Źródło: Wikipedia

Wspominałem o czarnej owcy w rodzinie przy okazji omawiania Saturday Night Wrist? No to Diamond Eyes to jest mój prywatny baran.  

To już jest chyba śmieszna tradycja (przerwana poniekąd przez Ohms, ale cicho sza) kapeli, ale od pewnego momentu ich albumy były efektami tragedii, czy to osobistych, czy też bardziej ogólnych. Diamond Eyes jest efektem tragedii osobistej i ogólnej naraz, ponieważ 2 lata po premierze SNW wypadkowi uległ basista, Chi Cheng.

To był dla zespołu cios (po więcej oczywistości zapraszam do reszty moich artykułów). Co więcej, wypadek i śpiączka Chi, otwarcie przyczyniły się do wstrzymania nagrywania Eros, czyli nowego (na tamtą chwilę) projektu kapeli, do momentu wyzdrowienia basisty. Niemniej sztuka nie znosi próżni, dlatego Deftones zaprosili do nagrania zupełnie nowego albumu basistę Slowdive – Sergio Vegę. W ten sposób powstały Diamentowe Gały.  

Nim jednak wyjaśnię, na czym polega mój problem z Kryształowymi Oczami, mały disclaimer – nie jest to zły album, ba! Ma utwory, które do dzisiaj figurują w mojej topce: Royal i Rocket Skates do dzisiaj kopią tyłek, Beauty School jest, no, piękne, Sextape chwyta za pierwszym razem swoimi romantycznymi mackami [INSERT HENTAI JOKE HERE], a Diamond Eyes i Prince również wywołują naprawdę przyjemne emocje (i ciarki) poprzez połączenie wpływów alt-metalu, shoegaze, a także djentu… Tylko, że tutaj dochodzimy do mojego problemu.  

Bo między tymi utworami nie dzieje się zbyt wiele, wręcz pokusiłbym się o stwierdzenie, że zostały napisane leniwie. You’ve Seen The Butcher jest… w porządku, jest zadziorne, wolne, niemniej w przeciwieństwie do takiego My Own Summer, ten kawałek nie wlecze się jak buldożer, a bardziej jak ślimak po dawce Aprazolamu, chociażby “dzięki” bridge’om zabierającym naprawdę masę dynamiki, a musicie wiedzieć, że naprawdę lubię powolne piosenki. A to jest utwór, który utkwił mi w pamięci, reszta, poza wymienioną playlistą, jest po prostu… Cóż, nijaka. Słuchając albumu w trakcie pisania, naprawdę nic, poza wymienionymi wcześniej piosenkami, nie zapadło mi w pamięć.  

Dodatkowo miałem przy końcówce wrażenie, że dwa utwory po prostu zlały się w jedno, bo nie wiedziałem, gdzie jest moment przejścia z jednej piosenki do drugiej. Parafrazując Guziora – wow, ale bubel. Niemniej wciąż – nie jest to zły album, jak wspominałem – są tutaj momenty naprawdę dobre, na tym etapie wręcz klasyczne dla deftonesowego kanonu. Po prostu zwracam uwagę na to, że to są momenty, a całości brakuje ostatecznego szlifu, mimo absolutnie genialnej produkcji (Nick Razkulinecz, jesteś moim bogiem). Prawdą jest jednak to, że to właśnie Diamond Eyes zyskało sobie, obok White Pony, największe uznanie i cieszy się największą estymą. Moje zdanie znacie, więc zachęcam do wyrobienia sobie własnego.  


Ulubione utwory: Diamond Eyes, Royal, Prince, Beauty School

Koi No Yokan(2012, Reprise)

Fot. Deftones, Koi No Yokan, Reprise 2012/ Źródło: Wikipedia

Rok 2012 był dla kapeli raczej optymistyczny – stan zdrowotny Chi Chenga zdawał się ulegać na tamten moment poprawie, a morale grupy naprawdę podskoczyło z tego powodu. Co więcej, szansa na ewentualne wypuszczenie Eros rosła i członkowie Deftones żyli nadzieją, że faktycznie będzie lepiej, co bardzo mocno odzwierciedla się w zawartości Przeczucia Miłości (tak, dokładnie to oznacza Koi No Yokan po japońsku).  

Więc tak – gdybym miał podsumować to, jakie KNY jest w jednym słowie, powiedziałbym, że rozmarzone, zarówno lirycznie, jak i w sferze audio. Bo Koi No Yokan jest albumem perfekcyjnie odzwierciedlającym odrodzoną na Diamond Eyes symbiozę między chłopakami. Co ciekawe, jest również albumem zaskakująco spokojnym, nawet pomimo paru mocnych bangerów rzuconych tu i tam. Tylko, że te bangery współgrają z momentami bardziej nastrojowymi, a to dlatego, że same nie są bardzo ciężkie. Weźmy na tapet takie Tempest – mimo przesterowanego tonu gitar i mocnego breakdownu w okolicach finału, całość jest zdominowana przez nastrojowość, odzwierciedlającą się w pasjonujących wokalach Moreno i genialnym przez duże G refrenie. Mało? Proszę bardzo, jest tego więcej!  

Swerve City to kolejny przykład cięższego kawałka, w którym, nawet mimo nagłego i ostrego rozpoczęcia, nie sabotują się w nim wzajemnie romantyczność i ciężar. Nawet najostrzejszy Poltergeist, ma w sobie wielką nutę wrażliwości, w refrenie, bo zwrotki jednak zdominował świetny riff zagrany dodatkowo w nietypowym metrum. Cholera, nawet djent zainkorporowali tutaj lepiej niż na Diamond Eyes, konkretnie w ukochanym przeze mnie Leathers, roztaczającym w głowie słuchacza wręcz filmową atmosferę.  

No dobra, ale co z tymi stricte delikatnymi momentami na playliście? Cóż, myślę, że nie sprawię Wam wielkiej niespodzianki, mówiąc, że również mi się spodobały. W związku z tym nie mogę sobie odmówić możliwości wspomnienia o jednym z najlepszych utworów Deftones w całej ich historii – What Happened To You?. Najkrócej, jak to tylko możliwe – to perfekcyjne zakończenie dla Koi No Yokan, czuć w nim zarówno nadzieję na lepsze, jak i narastającą niepewność co do przyszłości. Wszystkie motywy przewodnie płyty osiągają tutaj swój climax, ma się wrażenie, że cała reszta piosenek prowadziła do tego momentu. Powiedziałbym wręcz, że to jedno z dwóch najlepszych zakończeń w całej dyskografii, obok Pink Maggit z White Pony.  

Zatem – czy polecam Koi No Yokan? No tak. W sensie serio, po prostu przesłuchajcie, to album reprezentujący jakość równie wysoką, co WP czy Saturday Night Wrist. W tym przypadku jestem pewien, że przynajmniej jeden utwór wpadnie Wam w ucho.  

Ulubione utwory: Leathers, Poltergeist, Tempest, What Happened To You 

Gore (2016, Reprise) 

Fot. Deftones, Reprise 2016/ Źródło: Wikipedia

Genezy Gore należałoby się dopatrywać już w 2013 roku. Dlaczego? Cóż… Właśnie wtedy walkę o życie przegrał Chi Cheng. I w duchu tego smutnego wydarzenia powstawał ósmy rozdział w historii kapeli.  

I niby nigdzie nie zostało powiedziane to wprost, niemniej podczas odsłuchu jasne staje się, że album ma w sobie coś z requiem dla padłego towarzysza, nawet pomimo obecności bangera pod postacią Doomed User. To jednak tylko zmyłka, bo na Flakach dominują smutek i melancholia, o czym można przekonać się już na samym początku, gdy zaczyna wybrzmiewać Prayers/Triangles, który mimo wybuchowego refrenu, utrzymany jest raczej w przestrzennej, nieco ponurej atmosferze, akompaniowanej od czasu do czasu wręcz lamentami pana Moreno.

Kolejnym czynnikiem uświadamiającym nas co do tożsamości longplay’a jest Hearts/Wires. Szczerze mówiąc, to jedna z niewielu piosenek w dyskografii Deftones, która tak blisko zahacza o balladę.  Zupełnie jak obecne niemalżena samym końcu Phantom Bride, któremu jeszcze bliżej do uzyskania tego miana, a dodając do tego fakt, że na tracku udzielił się sam legendarnyJerryCantrel za sprawą przepięknej partii solowej gitary elektrycznej sprawia, że naprawdę ciężko mi się gniewać na grupę za to, w jakim kierunku poszli. Chociaż tradycyjnego “łojenia” nie brakuje, oj nie, samo Phantom Bride konkluduje się poprzez potężny, djentowy breakdown, który łączy się na dodatek na koniec z innym utworem (świetnym swoją drogą przez swój niewymuszony patos) – Rubicon

 No a co z resztą tracklisty? Cóż, lawiruje pomiędzy średnim, dobrym, a świetnym – po świetnym Prayers/Triangles dostajemy dobre Acid Hologram, po Doomed User – raczej niezapadające na dłużej w pamięć, ale przyjemne Geometric Headdress, i tak dalej. Główny problem albumu stanowi zlewająca się nieco ze sobą środkowa część płyty, Pittura Infamante, Xenon i (L)mirl wręcz momentami mi się myliły i przykro mi z tego powodu, bo słychać, że chłopacy naprawdę próbowali stworzyć coś ciekawego… Po latach myślę, że można było poświęcić na produkcję z miesiąc-dwa więcej. Całe szczęście, że po nich następują główne dania całości, czyli Gore i wspomniane wcześniej Phantom Bride i Rubicon

Jednak muszę przyznać – nie jestem w stanie się gniewać na Gore z powodu wspomnianych wad. Przyznaję również, że do tego krążka mam właśnie szczególnie duży sentyment, gdyż, nie wgłębiając się w szczegóły, przyszedł do mnie w dość ciężkim okresie mojego życia i słuchanie Gore było dla mnie swego rodzaju terapią. Może dziwnie to zabrzmi, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że coś zawdzięczam temu albumowi i niebezpośrednio – samej kapeli.  

Też przez wzgląd na to nigdy nie będę w stanie ocenić tego albumu bez lekkiego naciągania oceny końcowej. Niemniej nie muszę, nie tylko przez to, że nie wystawiam ocen cyfrowych, ale zwyczajnie nie chcę poddawać Gore zbyt surowej analizie. Mogę za to zachęcić do tego Was, poprzez sięgnięcie po ten longplay. Kto wie, może będzie dla kogoś z Was tym, czym był on dla mnie.  

Ulubione utwory: Prayers/Triangles, Hearts/Wires, Phantom Bride, Rubicon, Gore

Korekta: Gabriela Kusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *