polformance

Z Wattpada na półkę księgarni — romantyczny gangster to ciepłe kluchy

Zaledwie rok temu, bo dokładnie w maju 2020, napisałam recenzję „Rozdartego serca” kiedy jeszcze książka znajdowała się na Wattpadzie. Jest 2021, a tekst pojawia się w wersji wydanej! Jak zatem wygląda gangster według Leny Bielskiej? I czym oczarowała wydawnictwo?

Napisanie całkiem nowej recenzji na bazie tekstu, z którym, jak do tej pory, zapoznałam się najwcześniej w całej tej mojej miniserii, jest bardzo przyjemne. Istnieje również kilka kwestii, które chciałabym wyjątkowo poruszyć po przeczytaniu komentarzy czytelniczek, a co moim zdaniem jest niezwykle istotne. Na tyle istotne, że zajęłam się pracą licencjacką na ten temat.

Okładka „Rozdartego serca”, Wydawnictwo NieZwykłe.

Zacznijmy jednak od początku. Udzielam się w wielu grupkach na Wattpadzie — każda służy swego rodzaju pomocy niesionej pisarzom-amatorom (w różnych formach; poprzez tworzenie okładek, aż po — chociażby — korektę tekstów). Pewnego, bodajże styczniowego, dnia trafiło mi się do recenzji opowiadanie „Rozdarte serce”, pierwszy tom z serii „Bellomo”. Byłam trochę przerażona, bo romans mafijny, w dodatku dosyć popularny — obawiałam się, że trafiłam na jakąś bazarową wersję „365 dni”.

Czy tak się stało? Może od razu odpowiem — nie. Przy okazji też wspomnę o spoilerach, które mogą się tu pojawić, tak, żeby w trakcie dalszego czytania nie było niespodzianek.

Żenujący początek

Oj tak, niby jest dobrze, bo nie ma żadnego syndromu sztokholmskiego i romantyzacji przemocy (o tym trochę później), ale sposób, w jaki rozpoczyna się historia Vita i Eve, dla mnie, jest dosyć naciągany. Streszczę może ten fragment, tak dla jasności. Eve krąży po galerii handlowej i, o ile mnie pamięć nie zawodzi, dwukrotnie wpada na Vito, a przy okazji wylewa na siebie kawę. Od razu ładnie to podsumowałam w notatkach (zachowałam je, więc co nieco wykorzystam i przy tej recenzji). Mdła miłość od pierwszego wejrzenia, w którą nie wierzę i fajtłapowata główna bohaterka. Zapowiadało się niezbyt przyjemnie.

Jednak, poza kawowym incydentem, nie było aż tak źle. Rozdziały czyta się płynnie, styl i pióro autorki są świetne, a język — lekki i przystępny. Aczkolwiek tutaj, szczególnie na początku, bo o nim cały czas mowa, akcja toczy się zbyt szybko. Protagoniści ledwie się poznali, od razu przypadli sobie do gustu i praktycznie zaczęli randkować z marszu.

Napięcie wzrasta

Wraz z rozwojem historii zatarło się wrażenie o sztucznym związku bohaterów. Lena prędko porzuciła ideę zakochania się po zaledwie zobaczeniu kogoś, a ofiarowała coś, czego wiele współczesnych romansów/erotyków nie posiada — rozbudowaną i prawidłowo rozwiniętą relację. Chociaż przyznam, że nadal zastanawiam się nad „zdrowością” miłości tej pary, ale to już wynika raczej z ich charakterów i (nie)logiki.

W każdym razie — z rozdziału na rozdział napięcie wzrastało, a nasi bohaterowie nie wyznali sobie od razu, że się kochają. Na wszystko trzeba było poczekać cierpliwie, a autorka sprytnie potrafiła odnaleźć moment, w którym takie emocjonalne ujście mogła umieścić.

Także Eve i Vito nie żyli sami sobą i tylko dla siebie. Ich tła (przeszłość, przyjaciele, rodzina) dopełniały ich, nie czuło się wepchania tego na siłę, żeby pokazać, że wcale nie opiera się to tylko na tej dwójce.

Logiko, bolączko moja…

Chyba w każdej powieści znajdzie się takie coś, co nie ma żadnego logicznego wyjaśnienia, ale wrzucono to i tak już zostało. Tak samo było z „Rozdartym sercem”. Takich momentów było znacznie mniej niż w innych bardziej lub mniej popularnych romansach, ale były. Wynikało to głównie z charakterów naszych milusińskich.

Na przykład — dosłownie znikąd pojawiła się choroba pod postacią przeziębienia. Eve od tak zachorowała i odmawiała pójścia do lekarza czy szpitala przy (o ile się nie mylę) prawie czterdziestostopniowej temperaturze. Ale Vito, dzielny boss, oczywiście zadziałał cuda.

Największy zarzut to jednak te nielogiczne zachowania, które się przejawiały co jakiś czas. Szczególnie w przypadku Eve. Niejednokrotnie, zamiast porozmawiać z bossemcapo (o tej różnicy później), wmawiała coś sobie i maltretowała wręcz te myśli w głowie przez całą historię. Jestem w stanie zrozumieć to po tym, co przeszła, ale  niektóre jej „być z nim albo nie być” to kwestia głupich wymówek w stylu (dosłownie) „mama mnie uczyła inaczej, więc powinniśmy zakończyć nasz związek”. Czasem tak mocno i bezsensownie przedkładała wartości moralne nad wszystko, że aż miałam ochotę ją czymś uderzyć, żeby przestała być tak irytująca.

Sam Vito jest raptusem. Szybko wpadał w złość. Tego oczywiście nie ukazano na początku historii, a istniały okazje, by wpleść to do pewnych sytuacji. Otrzymaliśmy sielankową, nieco ugrzecznioną wersję, a dopiero potem — ni stąd, ni zowąd — odkryta zostaje przed nami jego prawdziwa natura. Nie rozumiem też jego podejścia do kobiet. Z jednej strony bombarduje się czytelnika jego szacunkiem do płci przeciwnej, a z drugiej mogłabym go porównać do jaskiniowca. Vito chce, Vito zdobywa. Są drobne momenty, w których daje swojej ukochanej fałszywy wybór — niby Eve może coś zrobić, ale ostatecznie ją do tego przymusza. Szczególnie nie podobało mi się to przy zakończeniu. Wtedy zachował się jak ten typowy mafiozo, maltretujący swoje żywe kobieto-zabawki. Co to za moment, tego nie zdradzę. Powiem tylko, że to w ostatnim rozdziale, tudzież w epilogu, się pojawiło.

Jeden raz to mało

No właśnie, tu poruszę to, czego już dotknęłam we wcześniejszej części recenzji — notoryczne powtórzenia informacji. Nawet nie potrafię zliczyć, ile razy pojawiały się zapewnienia od samego Vito, od jego bliskich czy znajomych o jego szacunku do kobiet. Ta sama sytuacja tyczy się Eve — co rozdział albo nawet co kilka akapitów powtarzała swoje myśli, wałkowała w kółko to samo i analizowała nieraz pięciokrotnie czy sześciokrotnie jakieś błahostki. Dla mnie wyglądało to na przeciąganie opowieści na siłę.

Co to mafia?

Wspominałam, że do tego wrócę, więc już wyjaśniam. Boss to inaczej don i on stoi na czele mafii, tak jak to robi właśnie protagonista. Capo natomiast to zwyczajny kapitan — osoba, która po prostu ma pod sobą ludzi, ale nie jest on żadnym zastępcą szefa ani doradcą. Według hierarchii znajduje się on na trzecim miejscu ważności zaraz po donie. Dlaczego w ogóle o tym piszę? Niestety Lena, tak jak i wiele, wiele innych autorek, używała określenia szef i capo naprzemiennie, co jest błędem. Sama tego nie wiedziałam, ale moja dobra znajoma mnie doinformowała w tej kwestii, za co jej bardzo dziękuję.

Poza tą wpadką, muszę przyznać, że research á propos pięciu rodzin nowojorskiej mafii był naprawdę imponujący. Widać, że przeczytano cokolwiek, zdobyto więcej istotnych informacji niż tylko kilka zdań wyjętych z Wikipedii.

Też warto pochwalić to, że działania mafii były tutaj realnie przedstawione. Nie ma żadnych wstawek w stylu „Massimo poszedł załatwić jakąś sprawę”, jak w tym takim słynnym, wcześniej wymienionym… dziele, ale w kilku kluczowych rozdziałach pojawiają się sceny tortur, odbicia porwanej czy zebranie się na naradę donów każdej z pięciu rodzin.

Ciepłe kluchy

Jak bardzo mi się to określenie spodobało, gdy je tak wielokrotnie widziałam w komentarzach… Muszę jednak przyznać, że jakkolwiek bym nie chciała, nie da się tego przypisać głównemu bohaterowi. Dlaczego? Już może nie będę uwzględniać tych kilka sytuacji, gdy zachował się jak uwłaczający palant, którego tak bardzo czytelniczki pragną, ale chętnie wyjaśnię tę sprawę w dosyć prosty sposób.

Vito nie jest ciepłymi kluchami, ponieważ jest on (w miarę) zwyczajnym, zdrowo myślącym człowiekiem. Nie zachowuje się jak sadysta wobec swoich bliskich. Autentycznie pokazuje, jak bardzo mu zależy na Eve, nie boi się wyrazić swoich uczuć, jakkolwiek „miękkie” by nie były. Wiele osób zapomina, że profesja to wciąż tylko profesja, a nie styl życia. To, że protagonista potrafił komuś wpakować kulkę w łeb, nie oznacza, że ma być oschłym, wrednym bucem dla swojej wybranki.

W znacznej większości nie pojawia się żadna forma przemocy wobec głównej bohaterki. To, moim skromnym zdaniem, zasługuje na pochwałę. Vito nie uwięził Eve, by się w nim zakochała. Nie uderzył jej, bo była mu nieposłuszna. Nie przekupywał jej pieniędzmi czy markowymi ciuchami. A właśnie to jest obecnie dla wielu czytelniczek jednoznaczne ze słowem „męski”.

Spójrzcie tylko na to, co czytacie. Przemyślcie, czy więzienie kobiety, molestowanie jej seksualnie (lub w skrajnych przypadkach gwałcenie), a potem wmawianie jej miłości, to faktycznie romantyczna relacja. Niektórzy przez wzgląd na natężenie akcji w książce nie potrafią zauważyć tego zakłamania, że jest to niby prawdziwe uczucie, a nie przymus czy choroba. Bo syndrom sztokholmski jest chorobą i należy o tym pamiętać, a przede wszystkim wystrzegać się romantyzacji tego zjawiska.

Podsumowanie

Już naprawdę krótko i bez zbędnego przedłużania — „Rozdarte serce” to nie jest idealna pozycja. Są większe i mniejsze błędy. Mimo to zachęcam do zapoznania się, naprawdę. Chociaż bohaterka potrafi być irytująca, a momentami pojawiały się elementy, które zasługują na dezaprobatę, to warto przeczytać tę książkę. Dla stylu, przyjemności, akcji… no i, oczywiście, dla porównania, jak powinna (pomimo tych kilku potknięć) wyglądać w miarę zdrowa relacja dwójki zakochanych.

Korekta: Kacper Beda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *