polformance

Nathan Day – Friends, recenzja singla

Jako ogromny fan poprzedniego projektu Nathana – zespołu Darlia, obserwuję solową karierę artysty z niemałym zaciekawieniem. I choć nowa twórczość wokalisty ma w sobie wciąż coś z klimatu alternatywnego rocka, to z czystym sumieniem mogę uznać, że najnowszy singiel nie jest odgrzewanym kotletem. 
 
Nie będę ukrywać, że singiel o tytule Friends od razu chwycił moje serce i zagościł na stale w playliście. Będąc szczerym, muszę powiedzieć, że trochę obawiałem się tego, jak będzie wyglądać solowa twórczość Day’a. Nie do końca wyobrażałem sobie Nathana bez Darlii, nie wiedziałem w jaką stronę ten artysta zamierza pójść. Już w poprzednim tekście o zespole z Blackpool można było zauważyć, że bardzo cenię ich twórczość. Nie chciałem, aby jeden z moich ulubionych twórców zjadł własny ogon. Jednak po raz kolejny moje obawy, podejrzenia i domysły stały się totalną bzdurą, co już raczej nie powinno mnie dziwić. 
 
Friends zaczyna się prostym motywem gitarowym przypominającym nieco melodie tworzone przez Nirvanę. Jednak wokal Nathana, a potem czysto trapowa perkusja, łamią schemat popowo-grunge’owej piosenki, dając słuchaczowi do zrozumienia, że ma do czynienia z czymś świeżym, mieszanką kilku gatunków. Najlepszym momentem całego utworu jest drop, który następuje po pierwszej zwrotce. Mocne uderzenie gitary i elektroniki, które powoduje, że mam ochotę po prostu zacząć tańczyć – a prawda jest taka, że nienawidzę tego robić. Charakterystyczne dla utworu oczywiście jest oryginalne budowanie melodyki przez wokal Nathana. Nie jest on w żadnym razie wokalistą wybitnym. Nigdy nie będzie Mercurym czy Staleyem, ale w jego głosie jest coś, przez co nie można go wyrzucić z głowy. Nie mówię tylko i wyłącznie o singlu Friends. Day po prostu potrafi stworzyć tak charakterystyczną i przyjemną melodię, że ciężko jest potem o niej zapomnieć. Kompozycja całego singla jest prosta, co nie znaczy, że kiepska. Utwór rozkręca się w odpowiednim tempie po to, by nagle uderzyć energią. Zastosowano tu doskonale znaną słuchaczom alternatywy dynamikę cicho – głośno. Wszystko w tym singlu jest na miejscu, można bezsprzecznie uznać, że kompozycja jest bardzo radiowa i ma szanse stać się ogólnoświatowym hitem. 
 
Tekstowo utwór singiel wypada całkiem nieźle. W twórczości tego artysty to już pewnego rodzaju klasyka – linijki, które nam zaprezentował to po prostu spis osobistych odczuć, pewnego rodzaju emocjonalny pokaz, z którym słuchacz może się utożsamić. Day nigdy nie był tekściarzem wybitnie technicznym i prawdopodobnie nigdy nie zamierzał nim być. Teksty jego utworów od zawsze miały pełnić pełną rolę i spełniają ją nadzwyczaj dobrze.  
 
Na uwagę zasługuje klip, który został wyreżyserowany przez wokalistę. Nie ma tam odkrywczych kadrów czy niespotykanie oryginalnych scenerii, ale wszystko jest maksymalnie estetyczne i przyjemne dla oka. Światła nocnego miasta czy ładnie ujęte zachodzące słońce, na którego tle ubrany w różowy strój królika Nathan skacze na trampolinie, naprawdę mnie ujęły. Ciekawostką jest to, że operatorem kamery był Polak – Krystian Winszewski. 
 
Day odpowiada za produkcje swoich solowych utworów. Można więc wysnuć wniosek, że to on jest panem i władcą swojego brzmienia. Czuć, że artysta prezentuje nam swoje kolejne oblicze, kolejny styl. Nie zamyka się w obrębie tego, co tworzył wcześniej. Cóż więcej mogę dodać? Nie mogę się doczekać solowej płyty! 











KOREKTA: Gabriela Kusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *