polformance

Wolf Haley powraca! W pewnym sensie…

Tyler, The Creator ma bardzo dobrą passę – od 2017 roku nie wydał ani jednego złego ani przeciętnego albumu studyjnego. Call Me If You Get Lost natomiast jeszcze dobitniej potwierdza tę tezę, niespodziewanie sięgając zarówno po sprawdzone środki, jak i elementy zupełnie nowe.  

Klasycznie pozwolę sobie na szybkie przedstawienie kontekstu stojącego za osobą Tylera Okonma, a jest o czym mówić. Jak inaczej opisać człowieka odpowiedzialnego, swego czasu, za przewodzenie nad jednym z największych rapowych kolektywów na świecie (mowa oczywiście o Odd Future) z historią rozwoju artystycznego, która w mojej opinii może równać się nawet tej Kanye’go Westa? Mowa w końcu o tranzycji ze wściekłego, bezczelnego i prowokatorskiego chłopaka z osiedla do w pełni zrealizowanego, wrażliwego artysty łączącego w swoich dziełach rap z soulem, czego wyrazem były w szczególności Scum Fuck Flower Boy (2017) i mój album roku 2019 roku – IGOR. Niemniej muszę przyznać, że nawet jeśli pewna część jego twórczości zestarzała się kiepsko, polecam zapoznać się ze wszystkimi albumami studyjnymi, łącznie z mixtejpem Bastard i szczególnie problematycznym dzisiaj, ale ciekawym z punktu widzenia historii gatunku – Goblin. Dobrze, wracając natomiast do obiektu recenzji… 

TO INTRYGUJĄCA PRÓBA MIKSU STAREGO I NOWEGO  

Za Call Me If You Get Lost stoi chyba najzabawniejsza historia, jaką od dawna słyszałem w przemyśle muzycznym, bo sięga tak naprawdę aż do… 2010 roku, kiedy Tyler na Twitterze napisał, że chętnie zrobiłby projekt z DJ DRAMA (poniżej wspomniany tweet). W 2021 roku się tego doczekaliśmy, ponieważ DJ DRAMA jest obecny w każdym utworze na CMIYGL, hostując cały album w stylu projektów pierwszej dekady XXI wieku. To tworzy unikalną atmosferę, nie tylko na tle dyskografii Tylera, ale także dzisiejszej sceny rapowej, ponieważ nie przypominam sobie ani współczesnego albumu sięgającego do wspomnianego wyżej okresu, ani tego, aby Okonma podszedł w taki sposób do swojego projektu kiedykolwiek wcześniej, zazwyczaj pracując samemu nad swoimi tekstami, produkcją, konceptem, wizją artystyczną etc.  

KOLEJNY CONCEPT ALBUM, ALE CZUĆ INNE PODEJŚCIE  

Tym razem historia podąża krokami Tylera Baudelaire, będącego miksem prawdziwego Tylera i Charlesa Baudelaire, autora m.in. Kwiatów Zła. O ile nie czytałem żadnego dzieła tego francuskiego autora, tak widzę tutaj (przynajmniej w oparciu o WIkipedię i Genius) analogię do jego twórczości na CMIYGL – jak sam Charles często poruszał temat podróży, tak sam Tyler jest w trakcie trwającej podróży, podczas której nawet znajdzie swój własny love interest. Tak, nie mogło zabraknąć tego motywu, nie u Tylera (on ma chyba jakiś problem w tych sferach)! Ale prawdę mówiąc, trudno nie odnieść wrażenia, że nawet mimo całego performensu i konceptu, jest to najbardziej osadzony w rzeczywistości album Okonmy, jaki do tej pory wypuścił, odnosząc się często do realnych dram, jakich doświadczył, wydarzeń z życia czy nawet poprzednich dzieł (słabe Cherry Bomb, 2016), a wszystko w konwencji podróży i wydarzeń przydarzających się w trakcie.  

NAPRZÓD – FIZYCZNIE I MENTALNIE  

Jednak zanim zahaczymy o ten wątek, poświęćmy chwilę na pochwałę dla Tylera za techniczną stronę albumu. Artysta zdążył mnie przyzwyczaić do wyczucia w produkcji swoich dzieł i widoczny jest progres, nawet w stosunku do wręcz perfekcyjnie zaprojektowanego IGORA, chociaż, jak wcześniej wspomniałem, sięgnął w inspiracjach dalej, łącząc nowe i stare. To się tyczy zarówno kontentu, jak również produkcji i masteringu, ponieważ już charakterystyczne na tym punkcie dla autora soulowe instrumentale inspirowane (i czasami współtworzone!) z Pharrellem Williamsem przeplatają się tutaj z basami i samplami, które spokojnie mogłyby się znaleźć na Wolf (2013), jak np. udowadniają SIR BAUDELAIRE i CORSO. Ten pierwszy robi to przez sampel, który brzmi jak naprawdę świetny outtake, dopiero zyskujący szansę na rozbłysk, natomiast drugi przez atmosferę i, ekhm, ciekawe wyznanie o zaangażowaniu w relację z dziewczyną swojego przyjaciela… Tak, to Tyler, chociaż nieco dojrzalszy, jakkolwiek by to nie brzmiało. W każdym razie świetna introdukcja.  

OKLEPANY MOTYW OGRANY ŚPIEWAJĄCO  

Wspomniałem o spotkaniu obiektu uczuć przez Tylera. A co, jeśli powiem, że ten wątek nie jest aż tak znaczący dla całego albumu? Oczywiście nie jest też tak, że absolutnie nic nie znaczy, w końcu poświęcono mu dwa najdłuższe utwory na trackliście (SWEET/I THOUGHT YOU WANTED TO DANCE i WILSHIRE), dodam, że są tutaj głównym daniem, ale bardziej stanowią elementy składowe dla całego doświadczenia skupiającego się na podróży i wydarzeniach odbywających się w trakcie. To oraz przemieszanie stylów z IGORA i starszych wydawnictw sprawia, że ton CMIYGL jest o wiele lżejszy, gdyż i album kładzie nacisk na te części składowe. Powiedzenie, że każdy numer na trackliście jest o wiele bardziej zdatny do odsłuchu jako stand-alone track nie byłoby raczej nadużyciem. To trochę tak, jakbyście mieli przepiękny, majestatyczny wręcz tort, na który złożyły się przepyszne składniki, ale nie było konieczne łączenie ich w całość. Tylko co z tego, jeśli cynamon i winogrona wciąż smakują dobrze?  

LISTA GOŚCI IMPONUJE, ALE NIE PRZYĆMIEWA GWIAZDY 

I właśnie takimi cynamonkami są goście, którzy bądź co bądź, wprowadzają do utworów nieco różnorodności. I tak, wśród zaproszonych znajdują się m.in. Lil Uzi Vert (dla odmiany postanowił nie kupować planet i implantować sobie kamieni szlachetnych w czoło), Lil Wayne, Domo Genesis ze starego Odd Future (!!!) czy Pharrell Williams. To tylko część roasteru, ale przyznajcie – jest już emocjonująco. Reszta osób przeze mnie niewspomnianych również robi robotę, a to też przez odpowiednie umiejscowienie – nie ma sytuacji, gdzie któryś gość rzucałby kwestię niepasującą do utworu czy zostałby ulokowany w złym kawałku, co nie zawsze się zdarza, więc warto to pochwalić. Generalnie jednak nie zabierają oni uwagi głównej gwieździe wydarzenia, bardziej komplementują Tylera i jego wizję. Tylko szkoda tego A$AP Rocky’ego na CORSO… Ehh, nie można mieć wszystkiego.  

PODSUMOWUJĄC… 

Call Me If You Get Lost jest naprawdę ciekawym albumem w dyskografii Tylera – nie wymyśla on kawy na nowo, sięgając tym razem po sprawdzone schematy, kusząc się “jedynie” o doprowadzenie ich do ekstremum. Nie widać tu próby przebicia wielkiego poprzednika i myślę, że tutaj leży również największa siła wydawnictwa – nie stara się wywalczyć sobie pozycji, ot pojawił się, wie, że jest świetny na swój sposób, a to, że czerpie garściami ze swoich przodków niespecjalnie go obchodzi i to jest chyba najpiękniejsze. Możecie po prostu odpalić album, wychillować się, gdy tego potrzebujecie (jeśli pominiecie MOMMA TALK… Tylko ostrzegam), a gdy złapie Was nastrój na wsłuchiwanie się w teksty – też odnajdziecie coś ciekawego. Gdybym wystawiał oceny liczbowe – na spokojnie padłaby tu mocna ósemka, ale nie wystawiam. Więc nie wystawię. Ale polecam!    

Korekta: Joanna Mróz 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *