MAGAZYN STUDENTÓW POLITOLOGII I DZIENNIKARSTWA UMCS W LUBLINIE

Lubelski Festiwal Filmowy – pełna niespodzianek edycja 2020. Rozmowa z Maciejem Misztalem, dyrektorem LFF

Dzisiaj startuje Lubelski Festiwal Filmowy. W tym roku odbędzie się on w formie online, i potrwa do soboty 28 listopada. Filmy można obejrzeć rezerwując darmowe wejściówki na stronie Festiwalu, a wydarzenia towarzyszące dostępne są na  Facebooku LFF. 

O sukcesach, obawach i przepisach na idealny wieczór filmowy opowiada Maciej Misztal, dyrektor Lubelskiego Festiwalu Filmowego.

Anna Buderecka: To już 14. edycja festiwalu. 10 lat temu na blogu festiwalowym wspominał Pan, że od początku to przedsięwzięcie było planowane jako impreza regionalna. W ciągu tych lat festiwal się rozrósł. Co uważa Pan za niezbędne do odniesienia takiego sukcesu? 

Maciej Misztal: Kiedy zaczynaliśmy ten projekt z Andrzejem Rusinem, nie zamierzaliśmy tworzyć międzynarodowego festiwalu, to miała być pewna forma komentarza do otaczającej nas rzeczywistości. Z jednej strony mnóstwo ludzi amatorsko tworzyło krótkometrażowe filmy i chcieli pokazać je innym, ale nie za bardzo mieli gdzie. A z drugiej strony istniał ten świat wielkiego kina, który w tych czasach funkcjonował… tak sobie. Pierwsze Złote Mrówkojady były bezpośrednią parodią polskich Orłów, czyli gali wręczenia nagród w Polskiej branży filmowej, gdzie było więcej kategorii, niż filmów, które brały udział w konkursach. Wydawało nam się to zabawne i chcieliśmy to sparodiować w takiej formie artystycznej. Dopiero po jakimś czasie pojawiły się nowe możliwości technologiczne, i my także zaczęliśmy zmieniać nasze myślenie o tym, co robimy. Myślę, że jakby nie rewolucja internetowa, to też nie bylibyśmy w stanie w dzisiejszych czasach robić takiego festiwalu, jak teraz — po prostu obecnie łatwiej jest zorganizować wydarzenie kulturalne o większym zasięgu, niż jakieś 10 lat temu. Zresztą, wokół festiwalu zebrała się grupa ludzi, która chciała ten projekt współtworzyć — to też po części jest odpowiedzią na pani pytanie, bo takiego festiwalu nie da się zorganizować ani w pojedynkę, ani w dwie, ani w trzy osoby. Do tego potrzebna jest większa grupa osób, która nie przychodzi do biura, która nie traktuje tego jako smutny obowiązek, która ma poczucie współtworzenia, poczucie, że to ma sens, że to, co robią jest dla kogoś istotne. Myślę, że nasz zespół ma takie poczucie. Zresztą nie wiem, trzeba ich zapytać (śmiech). 

A.B.: To dobry pomysł na kolejny wywiad (śmiech). 

M.M: Myślę, że za każdą inicjatywą stoją ludzie, i że to oni są bardzo ważni. Dzięki nim nabraliśmy takiego rozmachu. Jesteśmy grupą ludzi, którzy mają podobne poglądy, i którym bardzo zależy na zorganizowaniu czegoś tak wyjątkowego. Jesteśmy także grupą ludzi, która po prostu bardzo się lubi, nawet tak prywatnie  — dzięki temu możemy tworzyć coś wspólnego nawet przez tyle lat. Widzowie mogą nie mieć świadomości, ile osób stoi za takim festiwalem. To są nie tylko organizatorzy. To są także różne instytucje, które nas wspierają w różnych działaniach, to są organizatorzy innych festiwali. Wspólnie stworzyliśmy sieć pięciu międzynarodowych festiwali, w ramach której współpracujemy i pomagamy sobie na różnych polach. 

A.B.: A ile osób bierze udział w organizacji festiwalu w tym roku? 

M.M.: To jest pytanie, którego się nie spodziewałem (śmiech). Musiałbym sobie policzyć. Stała grupa osób, pracujących przy organizacji festiwalu, to około 10 osób. Pewnie jakbym policzył na stronie internetowej, wyszłoby więcej. Nie umiem myśleć o moich współpracownikach jako o liczbach, zawsze widzę przed sobą bardzo konkretne osoby. Jest ich wystarczająco dużo, żeby zrobić taki festiwal filmowy, ale za mało, żebyśmy nie byli zmęczeni (śmiech). To nie jest tak, że wszyscy pracujemy w tym samym czasie. Ktoś zaczyna wcześniej, ktoś później, ale przez cały rok komunikujemy się ze sobą — w tych covidowych czasach online, a wcześniej robiliśmy spotkania na żywo, na których omawiamy sobie różne kwestie związane z festiwalem. 

A.B.: Będzie to pierwszy w historii LFF online. Czy trudno było zrezygnować z tradycyjnej formy i przestawić się na nowy tryb? 

M.M.: Jesteśmy w dość dobrej sytuacji, bo festiwal od początku był zaplanowany na listopad, więc mieliśmy trochę czasu na przyzwyczajenie się do myśli, że możemy być zmuszeni do zrobienia go w formule online. Tego szczęścia nie miał na przykład Piotrek Kardas – on jako pierwszy w Polsce musiał zareagować ze swoim festiwalem O!PLA, i jako pierwszy, jeszcze w marcu, zorganizował festiwal online. Już w kwietniu zaczęliśmy pracę nad taką koncepcją dwutorowego myślenia o festiwalu. Trzeba było przyjąć bezpieczną formułę, która pozwoliłaby nam pracować nad organizacją i nie zatrzymywałaby nas w tej pracy. Przez jakiś czas zbieraliśmy pomysły na to, jak tegoroczny festiwal miałby wyglądać online, bo od początku nie chcieliśmy traktować tego formatu jako kary, tylko patrzyliśmy na niego jak na okazję. To jest szansa na przetestowanie zupełnie nowego oblicza festiwalu filmowego. Bardzo mi zależy na kontakcie z widzem i na tym, żeby mieć możliwość spotkania się z ludźmi i umożliwienia im spotykania się ze sobą w fizycznej rzeczywistości, natomiast skoro nie możemy tego robić, to staramy się odnaleźć nową jakość. Szukamy rozwiązań, które dadzą naszym widzom przynajmniej częściowe poczucie bycia na festiwalu, a nie tylko umożliwiają odtwarzanie filmów przez Internet. To kosztowało bardzo dużo czasu i energii, bo 14- letnie doświadczenie festiwalowe w tej sytuacji nie do końca się sprawdza: wiele rzeczy jest nowych, musieliśmy dużo kwestii przemyśleć, zaangażować nowe osoby, które lepiej od nas znają się na kwestiach technicznych. Myślę jednak, że ostatecznie udało nam się wypracować rozwiązanie, które wyróżnia nas spośród innych festiwali online, i że udało nam się zachować tradycyjny wieloaspektowy kształt festiwalu. Nie skupiamy się tylko na filmach, proponujemy do tego warsztaty, koncerty, quiz filmowy, aby dać widzom możliwość spojrzenia na kino z różnych stron. Traktujemy sztukę i kino jako dialog, i zrobiliśmy wszystko, aby umożliwić ten dialog online. Jesteśmy ciekawi, w jakim stopniu się nam to uda. 

A.B.: Co w tegorocznej organizacji było i /jest najtrudniejsze do zrealizowania? 

M.M.: Ten rok jest bardzo obciążający dla organizatorów. O ile pewien rodzaj niepewności towarzyszy organizatorowi zawsze, o tyle ten rok jest specyficzny, bo sytuacja ciągle się zmienia. Przypisy covidowe zmieniały się czasami z dnia na dzień, instytucje zamykano, otwierano, a potem znowu zamykano. Wiosną byliśmy przekonani, że festiwal trzeba robić online, potem pojawiły się festiwale hybrydowe, i liczyliśmy, że pomimo ograniczonej liczby osób jednak spotkamy się w salach, ale ostatecznie zostaliśmy przy wersji online. Teraz, kiedy większość rzeczy już mamy przygotowanych, jesteśmy ciekawi, ile osób będzie korzystało z przygotowanych przez nas pokazów, ile osób weźmie udział w wydarzeniach towarzyszących. Myślę, że ta niepewność podczas przygotowań oraz niepewność tego, jak festiwal w formule online zostanie przyjęty, jest najbardziej dojmująca. 

A.B.: Pomimo tych wszystkich trudności, na pewno były jakieś pozytywne momenty. Co było najbardziej inspirujące? 

M.M.: Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, sytuacja zamknięcia instytucji kulturowych i konieczność pracy online w pewien sposób pozwoliła na wprowadzenie innowacji. Od jakiegoś czasu szukaliśmy nowych rozwiązań, które moglibyśmy zastosować, i rzeczywistość skłoniła, a wręcz nas do tego zmusiła. Chyba nie chciałbym robić festiwalu tylko online, chociaż to jest ekscytujące i inspirujące. Robimy rzecz nową dla nas, bazując na starych doświadczeniach. Staramy się przenieść festiwal do sieci, jednocześnie nie przywiązując się do tego, co wiemy o festiwalach. Także teraz mamy możliwość dotarcia do widzów w całej Polsce. W tej chwili można bez większego wysiłku uczestniczyć w LFF, nie trzeba w tym celu jechać specjalnie do Lublina czy nawet wychodzić z domu. Lokalność zawsze była dla nas bardzo ważna, festiwal był skierowany w dużej mierze do mieszkańców Lublina, a teraz możemy wyjść trochę dalej, i to, moim zdaniem, jest bardzo ciekawa sytuacja. Inspirujące było także to, jak szybko pojawiają się różne inicjatywy, jak przez ten rok zmienił się pejzaż festiwali filmowych, udało nam się stworzyć sieć współpracy, Film Festivals Constellationktóra stała się symbolicznym podsumowaniem procesu, który już trwał od jakiegoś czasu — sytuacja pandemii po prostu ten proces przyśpieszyła. Nie wiem, czy to by się udało tak szybko w innych warunkach.

A.B.: Jeżeli w przyszłym roku pożegnamy epidemię i powrócimy do spotkań na żywo, czy festiwal będzie wyglądał tak jak wcześniej? 

M.M.: Przed zakończeniem tegorocznego festiwalu musimy złożyć wniosek o dofinansowanie z Ministerstwa Kultury na przyszły rok, nawet nie wiedząc, jak będzie wyglądała tegoroczna edycja. Bardzo trudno jest myśleć o następnym roku, skoro tyle się zmieniło w strukturze tegorocznego festiwalu. Wydarzenia tego roku bardzo zmieniły wygląd festiwalu. Myślę, że już nie powrócimy do tego, jak było wcześniej. Jeżeli za rok będziemy w stanie zorganizować festiwal w bardziej tradycyjnej formie, to i tak będziemy czerpać garściami z doświadczeń, które uda nam się zebrać w tym roku. Jakiś komponent sieciowy w LFF na pewno zostanie — przymierzaliśmy się do tego od jakiegoś czasu. Także mam nadzieję, że wymyślimy jakieś nowe formy — takie, których do tej pory nie mieliśmy w żadnej edycji festiwalu. Jeśli pojawi się taka możliwość, to będziemy chcieli zaprosić naszych widzów do kina, bo jest to pewien rodzaj kontaktu i energii, która wytwarza się pomiędzy organizatorami a widownią, która jest naszym paliwem. Bycie w otoczeniu innych ludzi, rozmowy z widzami, z organizatorami, z gośćmi pozwala nam naładować akumulatory na cały rok, przekonuje nas co do sensowności podjętych decyzji, pomaga tworzyć atmosferę, w której wielu ludzi czuje się dobrze. Nie wiem, jak będzie w przyszłym roku, ale mam nadzieję, że tegoroczną edycję widzowie przyjmą z entuzjazmem, bo włożyliśmy w to bardzo dużo energii i serca. Mimo wielu przeszkód nie poddaliśmy się, nie zrezygnowaliśmy, bo po prostu nie wyobrażamy sobie roku bez Lubelskiego Festiwalu Filmowego, i mam nadzieję, że widzowie myślą podobnie.

A.B.: Oglądanie filmów w domu nie ma tej magii, co na sali kinowej. Czy ma Pan jakąś radę dla naszych czytelników, dla widzów, dla uczestników festiwalu jak się bardziej wczuć w klimat kinowy? 

M.M.: Kiedy mówimy “kino“, z tyłu głowy mamy budynek, wyciszoną i przyciemnioną salę, która pomaga nam się skupić na tym, co oglądamy. Oglądając filmy z Lubelskiego festiwalu Filmowego, proponuję spróbować, chociaż w części, odtworzyć tę atmosferę w swoim domu, na ile jest to możliwe. Oczywiście, będzie brakowało nam innych ludzi obok, ale skoro mamy takie warunki, jakie mamy, proponuję poszukać odpowiedniego miejsca, gdzie będzie można się skupić na filmie. Autorzy filmów włożyli w nie dużo serca, i z ich pomocą chcą przekazać coś swoim widzom. Film — to rozmowa, a kiedy z kimś rozmawiamy, dobrze jest się skupić (śmiech). Warto stworzyć sobie atmosferę, która pozwoli na komfortowe i uważne oglądanie filmu.  Można zgasić światło, wyłączyć telefon na czas oglądania, a także skorzystać z możliwości technicznych — na przykład podłączyć komputer do lepszych głośników. W tej chwili odpowiedzialność jest trochę przerzucona na widza. Zachęcam, żeby się tym bawić i eksperymentować — w tym roku macie taką możliwość i swobodę.
Chciałbym jeszcze dodać, że filmy festiwalowe nie będą udostępnione na jakiś dłuższy okres – za każdym razem będzie to translacja jednorazowa, żeby zachować element wyjątkowości wydarzenia. 

Z dyrektorem festiwalu Maciejem Misztalem rozmawiała Anna Buderecka 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *