MAGAZYN STUDENTÓW POLITOLOGII I DZIENNIKARSTWA UMCS W LUBLINIE

Zielony rycerz – zielony niewypał

Jakiś czas temu widziałem w kinie nową adaptację legendy o „Zielonym Rycerzu”. Byłem bardzo ciekawy tego filmu, ponieważ jestem dużym fanem adaptacji z lat 80tych „Miecz Bohaterów” albo jeśli ktoś zna anglojęzyczny tytuł – „Sword of the Valiant”. To z tej produkcji dowiedziałem się o legendzie o Sir Gawain’e. Gdy więc usłyszałem, że w kinach jest nowa adaptacja od razu chciałem ją zobaczyć, szczególnie, że plakat wyglądał na bardzo wysmakowany i „artystyczny”.

Powiem wprost, nie podoba mi się ten film. Nie chodzi o to, że chciałem by był on taki jak Miecz Bohaterów, bo już po samym plakacie oczywiste było, że tak nie będzie, lecz o to jak ta opowieść wypada blado w porównaniu z tamtą. Akcenty są słabo rozłożone, a przez to całość jest nietrafiona i pozbawiona głębi.

Pierwszą rzeczą w „Zielonym Rycerzu”, na którą chcę zwrócić uwagę jest sam tytułowy bohater. Istotą fabuły jest wyzwanie, jakie on rzuca, które polega na ucięciu mu głowy – ten kto to zrobi ma sam nastawić karku po upływie roku. W wydźwięku tej sceny dużą rolę pełni wygląd Zielonego Rycerza. Jest on tutaj, można powiedzieć „człowiekiem z drewna” nie jest jednostką ludzką, raczej jakimś duchem. Jest to moim zdaniem bardzo nietrafiony pomysł. Odbiera bowiem tajemniczości wyzwania i niepewności z nim związanej. Powoduje on również to, że trudniej widzowi nabrać jakiegoś stosunku do tej postaci – można mieć wrażenie, iż jest ona drugoplanowa i, o dziwo, nie wydaje się nawet zbytnim zagrożeniem dla głównego bohatera.

Film chce wzbudzić u widza niepewność, czy to co się w nim dzieje jest halucynacją czy rzeczywistością. Te starania nie mają jednak żadnego sensu – wszelka wątpliwość jest obalona już na początku. Widzimy Zielonego Rycerza, który jest ewidentnie magiczny, co więcej wszyscy inni też go widzą, magię uprawianą przez matkę Gawaina, i która jest pokazana poza percepcją głównego bohatera – a więc jest ona obiektywnym zdarzeniem a nie czymś co on widzi.

Skoro więc magia jest czymś co realnie istnieje w tym świecie, jaki jest sens powątpiewania w nią?

Tutaj wkracza właśnie postać Zielonego Rycerza. W poemacie, jak i w Mieczu Bohaterów, wyglądał on jak człowiek. Ma to duże znaczenie, ponieważ, gdy nasadza sobie głowę na kark jest to faktycznie coś dziwnego. Może i otacza go magiczna aura, ale jednak nie ma się pewności co do jego natury, co powoduje u widza większe napięcie. Również samo jego zachowanie nie jest zbyt trafione z punktu widzenia narracji filmu. Rzuca on wprawdzie wyzwanie, ale nie daje zbytnio powodu, dlaczego ktoś miałby je podjąć.

W poemacie i w Mieczu Bohaterów, Zielony Rycerz kieruje tak naprawdę wyzwanie honorowi dworu króla Artura, więc ważne jest by ktoś je podjął. W filmie występuje to w pewnym stopniu, ale jest przekazane mało wyraźnie. Wydaje się, że reżyser stara się uciec od tego problemu.

Z tym znowu wiąże się problem głównego bohatera – nie wiadomo tak naprawdę, dlaczego podejmuje wyzwanie Zielonego Rycerza. Od początku widać, że nie ma on charakteru ani nawet specjalnej ambicji. Owszem chce pozycji, ale nie jest to namiętność, która pcha go do faktycznego robienia czegokolwiek. Marzenie nie jest samo w sobie celem. Nie wiadomo też co miałoby mu dać ucięcie głowy Zielonego Rycerza. Nie broni on honoru dworu więc nie ma w tym wielkiej zasługi, sam akt też nie jest olbrzymim czynem. Do tego, jako że Zielony Rycerz ewidentnie nie jest człowiekiem, ale istotą magiczną, nie może spodziewać się, że po prostu utnie mu głowę i sprawa będzie załatwiona. Łatwe zdobycie honoru nie wchodzi tu w grę.

Gawain w „Mieczu Bohaterów” mógł liczyć, że Zielony Rycerz (zagrany świetnie przez Seana Connery’ego) zwyczajnie zginie, ponieważ wyglądał jak człowiek. Nie zapominajmy, że sam aspekt obrony honoru króla Artura miał tu znaczenie. Gawain z Miecza Bohaterów jest niedoświadczony i jego czyn jest nieroztropny, ale ma powody, żeby to uczynić oraz posiada w sobie odwagę i zadatki na dobrego rycerza pragnącego przygody

Gawain z „Zielonego Rycerza” jest po prostu głupi, nie ma charakteru, dobroci ani honoru. Nie można bronić tej postaci mówieniem, że jest niedoświadczony, ponieważ jak widać przez cały film, nie posiada żadnych pozytywnych ani chociażby ciekawych cech, Jest pustą skorupą. Nie jest zły, jest po prostu nijaki.

Aktor wygląda świetnie, bardzo stylowo, ale nie ma tu wiele do pokazania. Fabuła też nie pomaga tej postaci. Gawain jest stale miotany przez zdarzenia, ciągle coś mu się zdarza a on sam bardzo rzadko podejmuje jakiś trud. Jeśli coś robi, to dzieje się to przypadkowo, przeważnie jakaś postać każe mu coś uczynić albo zachęca go do czegoś. Jeśli twórcy założyli, że ma on mieć jakiś charakter to go tutaj nie widać. Tak naprawdę podejmuje on w całym filmie tylko jedną decyzję i to pod sam koniec. Jak dla mnie to za mało.

Czemu miało służyć takie pokazanie bohatera? Jeśli chodzi o „dekonstruowanie mitu” to jest to bardzo durny pomysł. Ciągle widzimy jakieś dekonstrukcje mitów, będące elementem codzienności Co jest w tym ciekawego i co to wnosi? Tak, tak, wiemy, że rycerze nie byli tacy jak w legendach arturiańskich, kogo to obchodzi? Zresztą czy mit faktycznie służy pokazaniu człowieka jaki jest naprawdę, czy raczej człowieka jaki powinien być? Może warto czasami przestać patrzeć w ziemię i spojrzeć w niebo, może znajdzie się tam coś ciekawego.

Postacie są tu suche i nieciekawe. Nie chodzi o to, że aktorstwo jest złe, ale po prostu nie za bardzo jest o czym mówić. Giną w sztuczności tej całej opowieści, są stłamszone przez wyfiukaną formę, nie są ciekawe ani jako ludzie ani jako alegorie.

Kwestia alegoryczności prowadzi nas do drugiego filmu z jakim chciałbym zestawić “Zielonego Ryerza”. Jest to producja bardziej artystyczna i o niebo lepiej posługująca się alegorią. Dla uzyskania głębi nie musiał posługiwać się „dekonstruowaniem mitu”. Jest to „Excalibur”. Nie odniosę się do niego tutaj, ponieważ zajęłoby to zbyt dużo miejsca, ale napiszę o nim kolejny artykuł, w którym skupię się na wcześniej wspomnianych aspektach.

Strona wizualna wydaje mi się mocno przereklamowanym elementem tego filmu. Nie brak tu genialnych wręcz obrazów, ale brakuje narracji wizualnej. Jest dużo pięknych wizji, ale często wydają się przypadkowe. Zawarto dużo symboli, które wydają się być raczej przypisami, czymś co ma pokazywać erudycję i „artystyczność” niż faktycznymi, organicznymi elementami filmu. Stroje i sceny są piękne, ale nie mogą wybrzmieć, ponieważ często uchodzą za ozdobniki. Teraz większości z nich już nawet nie pamiętam. Uwielbiam symbolizm, symbole mogą być porażające i wspaniałe, ale musi to być zrobione dobrze i faktycznie coś znaczyć, nieść jakąś treść.

Mam wrażenie, że film stara się tworzyć wrażenie dziwnego i trudnego. Bardzo zirytowała mnie scena, w której Gawain zjadł grzyby. To jest jak rzucenie w twarz „wow, man, nasz film jest tak zwariowany, że nasz bohater dosłownie zjadł grzybki i miał halucynacje, czy to wszystko to rzeczywistość czy halucynacja?”. Jak już wskazałem wcześniej to po prostu rzeczywistość, nie ma podstaw, żeby mieć co do tego wątpliwości a grzybki wprowadzają tu tylko niepotrzebne zamieszanie. Ich umieszczenie wydaje mi się tu tanim zabiegiem.

Po porównaniu „Zielonego Rycerza” i „Miecza Bohaterów” stwierdzam, że „Miecz Bohaterów” jest lepszy. Może ktoś zapytać „Ale jak to, naprawdę wolisz taki tandetny film z lat 80-tych z przystojnym blondynem i plastikowymi mieczami od tego wysmakowanego wizualnie arthousowego filmu? Chyba żartujesz”. Ja na to odpowiem – tak wolę, ponieważ opowiada lepszą, bardziej satysfakcjonującą emocjonalnie i tak naprawdę głębszą opowieść. Jest to film prostszy, jeśli chodzi o środki przekazu i ewidentnie nie celuje w bycie wielką sztuką a mimo to wyraża coś bardziej autentycznego. Może właśnie to prostota i nie szukanie udziwnień, ale zwykła szczerość jest tym, co czyni ten film tak dużo lepszym.

korekta – Martyna Kaczmarczyk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *